Łączna liczba wyświetleń

piątek, 28 lutego 2020

#recenzjePi "Bezpiecznej jazdy, matko" Carl Abrahamsson


Zacznę od początku, pierwszego wrażenia, pierwszego na książkę spojrzenia. Zatem OKŁADKA, gdy tylko ją zobaczyłam wiedziałam, że wcześniej czy później po tę pozycję sięgnę. Genialna kolorystyka, która wywołuje złudzenie optyczne (połączenie czerwieni z jasnoniebieskim sprawia, że litery iskrzą w oczach – i słowo „iskrzą” jest tu bardzo na miejscu, ponieważ główna bohaterka MATKA w młodości nazywana była Iskierką). Jeśli chodzi zaś o samą grafikę, no cóż, ten XIX-wieczny rower jest genialny! Mamy tutaj doskonały przykład na to, że „mniej znaczy więcej”. Jest to również wspaniała metafora, wieloznaczna metafora obrazująca to, co znajdujemy w środku książki. Matka i syn, koło małe, koło duże, przyczyna i skutek, połączeni na zawsze, tajemniczy projekt, nadawanie na jednej fali, telepatia, dwa punkty oddalone od siebie, a sobie bliskie i potrzebne. Ów rower pojawia się w tej historii i fizycznie, będąc przedmiotem, rowerem, jak i w przenośni, o której napisałam. I wreszcie przechodzimy do samego tytułu, który bez wątpienia wzbudza zainteresowanie, wpada w oko nie tylko dlatego, że świetny grafik zabawił się iluzją, ale i dlatego, że „Bezpiecznej jazdy, matko” zarówno kusi, jak i niepokoi. Po raz kolejny napisać muszę o metaforach, bo i w przypadku tytułu bez metafor obejść się nie mogło. Dlaczego? Bo słowo „jazda” jest dwuznaczne.. „Mieć jazdę” możemy rozumieć na wiele sposobów i każdy z tych sposobów pasuje do treści książki. „Jazda” może być oczywista, jedziemy samochodem, bezpiecznej jazdy życzymy sobie wybierając się w podróż, a tutaj przecież podróż jest kręgosłupem owej historii. „Mieć jazdę” można po alkoholu i narkotykach, co jeszcze lepiej współgra z treścią. Można też „mieć jazdę” psychiczną, może nam zwyczajnie odwalać i tu również widzę bezpośrednie powiązanie z opowieścią Carla Abrahamssona. A gdy do tego dodamy jeszcze słowo tak pojemne i pełne treści jak – „matko”, to dostajemy mieszankę nie tyle nawet wybuchową, co ekscytującą i prawdziwie tajemniczą. Mogłabym tak jeszcze długo, ale przejdźmy do tejże treści, bo przecież o to tutaj się rozchodzi.


Carl Abrahamsson uraczył nas dziwnością, wymieszał ze sobą tyle gatunków, że trudno powiedzieć, czym jest ta historia. Mamy trochę thrillera, trochę kryminału, jest też wysuwająca się na pierwszy plan filozofia wschodu, buddyzm z mieszanką hinduizmu, duchowość, jest sekciarstwo posunięte do granic i te granice, zarówno czysto geograficzne jak i psychiczne, ludzkie – przekraczające. Znajdujemy również elementy fantastyczne, magiczne i to nasuwa mi zawsze na myśl realizm magiczny, tyle że w tym konkretnym przypadku nic nie jest realne. Cóż, to rzeczywiście, jak widzicie, dość kolorowe połączenie, po którym właściwie nie wiadomo czego się spodziewać, bo też i ta opowieść taka jest – dla każdego inna, niespodziewanie dziwna i niespodziewanie odjechana. Często łapałam się na tym, że chciałam sprawdzić, na której jestem stronie, ale tutaj strony są nieponumerowanie (mam nadzieję, że to nie tylko mój egzemplarz tak ma) i słuchajcie, to było genialne zagranie (liczę, że celowe, ale jeśli nawet nie, to u mnie się sprawdziło). Doznawała w takich sytuacjach uczucia dezorientacji, jakbym się zgubiła, jakbym była na haju w Himalajach, razem z bohaterami.


Cóż, może nie jest to wybitna książka, ale jest dziwna, a to już wiele. Podobne refleksje towarzyszyły mi przy czytaniu „LANNYego” Max’a Portera. W przypadku „Bezpiecznej jazdy, matko”, jak i w przypadku „LANNYego” choć nie wszystko mi się podobało, to cieszę się, że w tę podróż wyruszyłam. Czy była bezpieczna? No nie wiem… możliwe, że to cyniczne życzenie, nie do zrealizowania, bo czy jakakolwiek podróż może być w pełni bezpieczna? Czy jakakolwiek podróż jest bezpieczna? Z każdej życiowej „jazdy” wychodzimy przynajmniej lekko poturbowani, taki życia urok, taka życia cena. Oczywiście, możemy sobie tego życzyć, ale co to zmienia? Carl Abrahamsson czasem „odlatywał” a jego dialogi wydawały się nazbyt patetyczne, ale co z tego, skoro one takie miały być? Był w zdaniach zbyt filozoficzny, często forma przerastała treść, ale co z tego, skoro to takie miało być? Nie mogę zarzucić mu banalności, bo mam wrażenie, że tam, gdzie wkradała się banalność, wkraść się miała. To zostało napisane szczerze, i za tę szczerość podziwiam autora. Odważył się otworzyć przed czytelnikami, ewidentnie wplótł w treść swoje doświadczenia, bezceremonialnie walił po oczach odniesieniami do swojej pracy i swoich pasji – i co z tego? To przecież zaleta, ta szczerość i otwartość, to wystawienie się na krytykę.

„Dobre pióro zawsze znajduje swojego prawowitego właściciela.”

Choć świat przedstawiony w tej książce jest mi moralnie daleki, to był mi bardzo potrzebny. Zadziałał na mnie odkażająco i relaksująco – to książka na haju i tego się trzymajmy. A relacja matki z synem? Dziwna, jak wszystko tutaj, dziwne i pełne konsekwencji. „Bezpiecznej jazdy, matko” zadaje pytania. Jedno z tych pytań jest wyjątkowo ważne: Czy jesteśmy wolni? Czy nasze życie zależy od nas, czy raczej od wszystkich, tylko nie od nas? Odpowiedź może nas przygnębić, ale może też przynieść ulgę.

7/10
 bardzo dobra i bardzo dziwna
oczekujcie jazdy
niezłej jazdy
niekoniecznie bezpiecznej


seria wielkie arkana
Wydawnictwo IX 


 π 




środa, 26 lutego 2020

#recenzjePi "Z naszej przyrody" Bohdan Dyakowski



Zakochałam się! Zupełnie głowę straciłam dla tej książki! WSPANIAŁA! Moim skromnym zdaniem, tę pozycję powinien mieć każdy w swojej domowej biblioteczce (a już na pewno każdy Polak). Jak to dobrze, że Bohdan Dyakowski zostawił nam takie CUDO, taką po sobie spuściznę. Nie czytałam lepszej książki o przyrodzie, a tutaj mamy nie byle jaką przyrodę, ale tę naszą, polską, tę którą widzimy wyglądając przez okno, idąc na spacer… ale też zwyczajnie siedząc w domu, bo robaczki, pajączki, myszki i inni nieproszeni goście niemal bez przerwy nas nawiedzają. Dobrze więc się czegoś o tych współmieszkańcach ojczystej ziemi dowiedzieć.


„Z naszej przyrody” zachwyca przystępnością, pięknem języka, bo autor napisał to poetycko, czule, wrażliwie i prawdziwie baśniowo. Książka podzielona jest na części: I. W domu i na podwórku; II. W ogrodzie; III. W polu; IV. Na łące; V. W lesie; VI. Woda, a każda z tych części dodatkowo podzielona została na rozdziały – miesiące. I każdy z tych rozdziałów czyta się jak BAŚŃ, magiczną opowieść. Ja podczytywałam je sobie przed snem i cóż to było za piękne wprowadzenie w nocny odpoczynek. Dyakowski przeplata swoją narrację wierszami polskich poetów, wprowadza też stare przysłowia, ludową mądrość, co jeszcze bardziej wprowadza czytelnika w magiczny, idylliczny świat. Świat, który mamy na wyciągnięcie ręki, a którego tak często nie zauważamy, nie doceniamy.


Jeszcze trochę o samej narracji, która przywodzi mi na myśl stare opowieści, scenkę, w której dzieci siadają z dziadkiem wokół kominka a on snuje czarujące historie. Bohdan Dyakowski napisał to w formie spaceru po ogrodzie, łące, lesie, zabiera on nas na takie „zwiedzanie” i podziwianie skarbów czających się za rogiem. Bo tak! „Z naszej przyrody” jest książką-skarbem, idealną towarzyszką i nauczycielką. Jej nie można nie kochać, ją kochać należy. Kochać i poznawać, wracać do niej i nieustannie ulegać jej wpływowi, jej czarom… a przecież autor napisał to już tak dawno, to nie jest nowa pozycja, więc moglibyśmy pomyśleć, że czytać się to będzie ciężko – nic bardziej mylnego. CZYTAJCIE!


Nie dość, że książka piękna w środku, to i piękna na zewnątrz. Spójrzcie tylko na to eleganckie, przykuwające wzrok wydanie! Okładka wręcz przytłacza wspaniałością, bajkowością, marzeniem… a jeśli zajrzycie do środka, to natraficie na fotografie i ilustracje, które pozwolą wam lepiej poznać ptaki, zwierzęta, robaki, rośliny, kwiaty… KOCHAM tę grubą cegłę!   



Bez cienia wątpliwości 10/10 !!!!!!!!!!!


Wydawnictwo Zysk i S-ka


 π 




poniedziałek, 24 lutego 2020

#recenzjePi "Podróż powietrzna" Willem Bilderdijk


Cóż to była za podróż… w czasie… i to do - przeszłości, wbrew temu, że przecież to science fiction! Powinniśmy się więc nastawić na szalone wizje przyszłości. No tak, ale „Podróż powietrzna” została napisana w 1813 roku… to wiele tłumaczy, prawda?
Willem Bilderdijk zapisał się na kartach historii jako poeta, ale popełnił tę oto nowelkę (91 stron, w tym 20 stron świetnego wstępu od tłumacza Damiana Olszewskiego) i chwała mu za to! Jest to doskonałe świadectwo minionego, tego co kiedyś ludzie uważali za szczyt nowatorstwa. Jestem pod dużym urokiem historii „Podróży powietrznej”, w której główny bohater wyrusza balonem w Kosmos! A dokładnie na Księżyc… a jeszcze dokładniej, na podksiężyc! Tak, wiem, czyste wariactwo, a gdy dodamy do tego nasze współczesne SF, to wypada dość dziwnie, bo jednak twórcy SF bazują na najnowszych odkryciach naukowych… przypominam jednak 1813!


Już wiecie, że ów książeczka bardzo mi się podobała, naprawdę dała mi wiele radości i pozwoliła na chwilę „odlecieć się” od problemów codzienności, za co jestem jej niezwykle wdzięczna. Wyjątkowo spodobała mi się koncepcja Raju utraconego, którą autor wplótł w fabułę „Podróży powietrznej”. Na uwagę zasługują również nawiązania mitologiczne, niewątpliwie dodające uroku całej opowieści. Miałam luźne i szybkie skojarzenie z mitologią tolkienowską (w odniesieniu do tego Raju utraconego przez Ziemian), ale to zrozumiałe, bo przecież sam Tolkien inspirował się mitologią i religią oczywiście. Nie mogę także pominąć ilustracji stworzonej ręką autora – jest to smaczek tak miły dla oka, że grzechem byłoby pominąć tę informację.


Kończąc zaznaczę, że choć SF z 1813 roku bardziej niż zadziwia wizjonerstwem - wywołuje uśmiech na twarzy, to jest to (w mojej opinii) pozycja wręcz obowiązkowa dla każdego fana gatunku. Wszystko mi się tu podobało, i język (poetycki, dopracowany, piękny tylko tak, jak to może być piękny język przeszłości – który ja preferuję zdecydowanie bardziej niż współczesne twory), pomysł (i dzisiaj ta wizja potrafi zawrócić w głowie i podkreśla, że świat jest dla nas zagadką niezależnie od wiedzy, którą dysponujemy) i wydanie (okładka jest idealna!). Cieszę się, że Wydawnictwo IX zdobyło się na odwagę i wydało to niezwykłe opowiadanie, to echo przeszłości, ale przecież tylko patrząc w przeszłość możemy zrozumieć teraźniejszość i marzyć o przyszłości.


7/10 BARDZO DOBRA – czytajcie koniecznie, a już obowiązkowo fani SF!


seria światy wizjonerów
Wydawnictwo IX


 π 



piątek, 21 lutego 2020

#recenzjePi "Symfonia życia" Marcin Sergiusz Przybyłek


Dziwne jest życie artysty… a może raczej, w tym przypadku, egoisty? Ten wątek rozwinę, ale w dalszej części mojej opinii o książce Marcina Sergiusza Przybyłka pt. „Symfonia życia”. Na początek chcę napisać parę słów o samej fabule i moich względem niej odczuciach.
„Symfonia życia” posiada ciekawy pomysł i co więcej, porusza ważne dla każdego człowieka kwestie. Konstrukcja tej książki jest drobiazgowa, a autor zarzucił sobie na ramiona spory i ciężki wór odpowiedzialności za fabułę i za to, by podczas czytania odbiorca nie tylko się nie zgubił w gąszczu dróg, ale też i nie odczuł dezorientacji, może nawet irytacji i w końcu nie cisnął tą cegłą (551 str. to nie przelewki, tym można zabić) w przestrzeń. Tutaj wszystko musi się zgadzać! Czy się zgadza? Tak. Przybyłek z godną pozazdroszczenia konsekwencją prowadzi nas przez zagmatwany świat decyzji i konsekwencji. Jego główny bohater Borys Split, jak każdy w życiu, zmuszony jest dokonywać wyborów. Autor wychodzi tu od wyboru kariery, ścieżki zawodowej w postaci kierunku studiów… więc Borys wybiera, zgodnie z wolą ojca – prawo… ale co by było, gdyby wybrał fizykę? Bo to fizyka jest jego marzeniem… I tutaj mamy pierwszy rozłam, mamy dwóch Borysów, jednego studenta prawa, drugiego studenta fizyki. Takie „rozłamy” zdarzają się w tej książce jeszcze parę razy, więc i przybywa nam paru Borysów. Któż nie zadaje sobie czasem tego cholernego pytania: co by było gdyby? Ale no co by było gdyby!?! No co?!!! Przybyłek próbuje pokazać nam te alternatywy rozpisując je na sekcje instrumentalne w orkiestrze, mamy więc Borysa grającego w sekcjach : smyczki, blacha, perkusja, drewno, klawisze. Pięciu Borysów, ale czy pięciu innych Borysów? No cóż… Czy każdy Borys „dźwięczy dźwięcznie”? A może fałszuje?


Tak – pomysł jest świetny, ale czy oryginalny? Kurczę pieczone, no przez cały czas miałam przed oczami „4321” Paula Austera. Sytuację pogarszał fakt, że Paula Auster’a uważam za prawdziwego mistrza słowa, więc siłą rzeczy takie porównanie nie mogło wypaść na korzyść Przybyłka. Przyznaję, że bardzo źle się stało iż te dwie książki ze sobą zestawiałam, jednak zbieżność kręgosłupa fabularnego zwyczajnie waliła mnie po oczach i porównanie samo pchało się mi w mózg. Ale, ale… gdzieś w połowie udało mi się je trochę przegonić i odbiór „Symfonii życia” się zmienił. Odłożyłam „4321” i zajęłam się „muzyką” z polskiego podwórka.
Ogólnie uważam, że jest to dobra opowieść, może nie musiała być aż tak długa, czasem wydawało mi się, że niektóre dialogi były niepotrzebne, podobnie zresztą z niektórymi przemyśleniami – zbyt filozoficznymi, ale nie filozofią z fundamentem, ale filozofią własną, którą autor pragną przedstawić jako filozofię powszechną i jedyną słuszną. Wybitnie wnerwiały mnie wtręty z angielskiego – to było to, czego wręcz znieść nie mogłam, a fabule nie dawało zupełnie nic. Ach, więc się trochę popastwiłam teraz, ale podkreślam, to jest dobra książka. Uznanie dla autora za konsekwencję i koncentrację.
Co do samego stylu Przybyłka, to jest on bardzo męski. To tak, jakbym założyła na oczy specjalne okulary dzięki którym widziałabym świat z perspektywy faceta. Interesujące przeżycie, podobne miałam czytając Monsa Kallentofta (mowa o odczuciu, nie o stylu, bo on jest u obu autorów inny, choć równie przesycony testosteronem). Uważam, że dla pisarza dużym komplementem jest stwierdzenie, że jego zdania da się poznać – a więc Przybyłka dla się poznać po zdaniach, po ich konstrukcji.
A jaki jest Borys Split? O jej! Jest obrzydliwy! To, że go nie polubiłam, to mało powiedziane. Jest postacią na wskroś egoistyczną i ma socjopatyczną osobowość. Przez chwilę myślałam, że nawet psychopatyczną, ale jednak nie. Borys ma uczucia, nie jest z nich wyzuty, rozumie je, ale głęboko w czterech litrach ma uczucia wszystkich innych… Tak, Split jest FUJ! Nie wiem jak to się dzieje, że taki ktoś ma takie wzięcie. Chyba chodziło tu tylko o urodę, ale to trochę uwłaczające w odniesieniu do kobiecego intelektu. Cóż, prawda jest taka, że ja nie polubiłam żadnego z bohaterów „Symfonii życia”, żadnemu nie byłam w stanie kibicować. Główny bohater oczywiście wiódł w tym całym obrzydzeniu prym, ale reszta nie była pod tym względem jakaś specjalnie lepsza. Dziwiło mnie też to powodzenie zawodowe Borysa, który zupełnie na nie nie zasługiwał. Dla mnie facet był strasznie przeciętny i powierzchowny, bez głębi, z przerośniętym ego. Lecz widać, że gość był „skazany na sukces”, ale też i „skazany na porażkę”. Autor połączył te dwa „wyroki” i pomimo pięciu dróg – dał mu tak naprawdę drogę tylko jedną, w której może i zmieniają się aktorzy, główne role grają inne postacie, ale koniec jest zawsze podobny. Oczywiście nie będę tutaj wam opisywać tych „pięciu końców”, ale napiszę, że są one ciekawie splecione i przemyślane.


Och i jeszcze jedno, tak jak nie polubiłam głównego bohatera, tak też nie polubiłam okładki. Przypomina mi ona bardziej książkę o psychopatycznym mordercy (no to by się prawie zgadzało), albo podręcznik do psychologii, lub ewentualnie książkę ze spisem uczelni i oferowanych tam kierunków studiów. Lecz wiem, że są tacy, co mają o okładce inne, dobre zdanie. Dla mnie jest ona zbyt dosłowna i geometryczna, a jednocześnie nadmiernie wypełniona, pozbawiona powietrza i choćby szczypty oddechu. Wolałabym jakąś metaforę, no nie wiem, samogrający bęben, lub rzekę z dopływami…?
Tak jak okładka, tak i sama książka wzbudza skrajne emocje. Jedni oceniają ją 10/10 i są. delikatnie mówiąc. zachwyceni a inni dają jej 1/10 i cóż, nie są zachwyceni. Ja uważam, że jest to dobra historia, ale sami musicie sięgnąć i wtedy się okaże, czy dla was jest bardziej 10/10, czy 1/10… ja daję jej 6/10, czyli DOBRA.

* To, co zdecydowanie uważam za ciekawe, to próba powiedzenia nam, że chociaż podejmujemy decyzje codziennie, to tak naprawdę nie mamy wyboru, bo decyzja zawsze będzie tylko jedna.

* Choć autor wybrał metaforę muzyczną, instrumentalną, mi bardziej pasowała tu metafora inna – SZACHY. Bo tak jak pionki na szachownicy, tak i bohaterowie „Symfonii życia”, choć mogą skakać po polach szachownicy, to nie mogą nagle stanąć i krzyknąć: Ja wysiadam! I zejść z szachownicy. Są ograniczeni, więc i ich wybory są ograniczone – a konsekwencje oczekiwane.


seria światy wizjonerów
Wydawnictwo IX


 π 



poniedziałek, 17 lutego 2020

#recenzjePi "The world of LORE. Potworne istoty" Aaron Mahnke


Od dziecka lubiłam słuchać i opowiadać straszne historie, dodatkową zachętą był dla mnie fakt, iż zawsze spotykało się to z dużym zainteresowaniem. W szkole wprost przepadałam straszyć kolegów i koleżanki, czy to na wycieczkach, czy na przerwach, w szatni i na lekcjach plastyki (bo były to lekcje, na których mieliśmy najwięcej swobody artystycznej). Skoro znacie już moje zamiłowanie do dreszczu strachu zapewne zrozumiecie, dlaczego sięgnęłam po „The world of LORE. Potworne istoty” Aarona Mahnke. Jest to moje drugie spotkanie z tym autorem (zaczęłam do „The world od LORE. Niegodziwi śmiertelnicy) i wypada lepiej niż pierwsze, w którym znalazłam wiele nieścisłości, krzywdzących uogólnień i zwyczajnych błędów. W „Potwornych istotach” zanurzyłam się bez reszty i to zanurzenie bardzo przypadło mi do gustu.


Nie jestem jednak całkiem szczera, co do tego „pierwszego kontaktu” z Aaronem Mahnke, bo oczywiście pierwszy, pierwszy raz był za sprawą podcastu LORE, który jest dokładnie o tym samym, o czym są książki – czyli o potworach, różnorakich i legendach, zachwycających, ale i przerażających. Wszystko to tworzy istną mieszankę wybuchową, koktajl z najlepszych (dla mnie) możliwych składników.


Autor miał doskonały pomysł, a i zrealizował go naprawdę bardzo porządnie. Chłop się niewątpliwie przyłożył, zwłaszcza do tej pierwszej części, czyli „Potwornych istot” (tak, zaczęłam czytać od części II, ale to nie ma znaczenia, bo przedstawione w książkach opowieści nie są ze sobą w żaden sposób powiązane, więc możecie czytać jak chcecie – ale polecam wam „Potworne istoty”, bo „Niegodziwych śmiertelników” możecie sobie darować, choć też są zbiorem ciekawych zdarzeń, ale ta nieścisłość boli…).



A co my tutaj mamy?
Mamy elfy, gremliny, krasnoludy, elfy, psotnych lotników, człowieka-ćmę, wilkołaki, wampiry i oczywiście opętania (które mnie najbardziej zawsze przerażały i nadal przerażają). Do wyboru, do koloru. Aaron robi też ciekawe odniesienia do historii, do języka, pochodzenia słów. To bardzo interesująca podróż i świetne tematy do dyskusji. No bo kto nie lubi się trochę pobać w gronie znajomych? No kto?!
Dodatkowym, sporym atutem są w tej książce ilustracje M.S. Corley’a. Serio, facet ma dryg do mrocznych klimatów i świetną kreskę. Całość więc wypada bardzo dobrze i ja oczywiście gorąco polecam! Dla mnie była to miła odskocznia a i świetne kompendium wiedzy o dziwnościach tego… a może już nie tego – świata.


7/10 bardzo dobra    


* Ale pozwolę sobie zauważyć, że ze wszystkich potworów najgorszy w końcu i tak jest człowiek (dość smutne to, ale cóż…). Niestety podłych, potwornych ludzi spotyka się w swoim życiu sporo… niechlubny to, dla naszego gatunku, ranking.  


LINK do recenzji tomu II "The world of  LORE. Niegodziwi śmiertelnicy" : 
https://portretyswiata.blogspot.com/2019/07/recenzjepi-world-of-lore-niegodziwi.html 

tom I
seria Lore
Wydawnictwo Zysk i S-ka


 π 



sobota, 15 lutego 2020

#recenzjePi "George i Wielki Wybuch" Lucy i Stephen Hawking


Właśnie skończyłam TOM III kosmicznych przygód George’a i Annie pt. „George i Wielki Wybuch”. Autorami tego cyklu są Lucy i Stephen Hawking (córka i jej genialny ojciec). Jest to naprawdę bardzo dobra książka, która miejmy nadzieję, że obudzi w młodych czytelnikach miłość do przedmiotów ścisłych, zwłaszcza do fizyki i matematyki. Tak jak pisałam w recenzjach poprzednich tomów, autorzy wpadli na świetny pomysł… choć z wykonaniem może nie jest już tak świetne, ale powiedzmy, że jest bardzo dobrze.
Dlaczego nie świetnie? Cóż, obawiam się, że niektóre sprawy, te wyjątkowo naukowe, będę dla dzieci zwyczajnie trudne. Jest na to sposób, mianowicie czytanie tej książki z rodzicami, którzy będą parę razy temat wyjaśniać – parę razy, to znaczy DO SKUTKU. Muszę też troszeczkę obciążyć fabułę, która bywa nudna… jej wiem, źle to brzmi, ale miałam takie poczucie, odkąd zaczęłam przygodę z Georgiem. Nie jestem pewna, czy dziecko na dłużej utrzyma uwagę na tej historii. A to wilka szkoda, bo przecież Wszechświat jest KOSMICZNIE interesujący. Mimo to, oczywiście ogromnie wam polecam wszystkie tomy.


„George i Wielki Wybuch” jest pozycją wspaniale wydaną, elegancko, z dbałością o kolory, ilustracje i fotografie. Tutaj nie można się do niczego przyczepić. Oprawa graficzna z najwyższej półki, więc będzie to CUDOWNY prezent dla malca. W tej części autorzy poruszają bardzo ciekawe tematy, tłumaczę nam, czym jest osobliwość, M-teoria, TUNELE CZASOPRZESTRZENNE!, ciemna materia, czy (chyba moje ulubione zagadnienie) KOT SCHRODINGERA (pułapka Schrodingera) – koniecznie zapoznajcie się z tym terminem! KONIECZNIE!
Muszę jednak wam jeszcze trochę ponarzekać, bo do nieszczęsnej odczuwalne nudy, trudności ze zrozumieniem, zbyt skomplikowanych treści dorzucę ekomyśl, która w tym tomie przybrała szatę mocno ideologiczną. Mamy więc tu do czynienia nie z nauką, ale z próbą forsowania swoich poglądów. Złole w tej książce sią tak przejaskrawieni, tak POTWIRNIE POTWRNI, że zwyczajnie niewiarygodni… ( a jeśli chodzi o to, czy naukowców powinno się kontrolować, to moja odpowiedź brzmi TAK, bo można wskazać wiele przypadków, gdy naukowiec działał na szkodę nie tylko ludzkości, ale i świata, niezgodnie z  jakąkolwiek etyką)... No cóż, nie można mieć wszystkiego.  



Podkreślam jednak, że jest to cykl wartościowy, który dziecko powinno poznawać z rodzicami, a wracać do niego samodzielnie. Dumnie wyglądające, prezentujące prawdziwą kopalnię naukowych skarbów książki! Warto, ale z rozumem, własnym zdaniem, właściwym podejściem i sercem kochającego rodzica, który pokaże dziecku nieznany świat i wykorzysta George’a jako narzędzie służące wzbudzeniu w malcu miłości do nauki i otaczającego nas świata.      

7/10 bardzo dobra 

LINKI do recenzji tomu I i II : 
"George i tajny klucz do Wszechświata"https://portretyswiata.blogspot.com/2020/02/recenzjepi-george-i-tajny-klucz-do.html
"George i poszukiwanie kosmicznego skarbu": https://portretyswiata.blogspot.com/2019/11/recenzjepi-george-i-poszukiwanie.html


tom III
Wydawnictwo Zysk i S-ka


 π 




środa, 12 lutego 2020

#recenzjePi "Tasowanie w Dżokerowie" George R.R. Martin (redakcja i wybór)


George R.R Martin nie napisał tej książki, on zajął się jej redakcją i wyborem tekstów. To oczywiście nadal jest „jego dziecko”, ale nie ma w sobie jego słów a tylko jego pomysł, wizję Dzikich Kart. Chociaż to nie jest mój klimat i uważam, że fantasy współcześnie klepie biedę brutalności, wulgarności i zwyrodnialstwa, to muszę doceniać cały ten zamysł. Jak to w przypadku takich pokaźnych tomów bywa, pewne rzeczy się podobają, inne nie (wyjątkiem jest Tolkien, który stworzył arcydzieło).
„Tasowanie w Dżokerowie” to UWAGA tom IX autorskich antologii o superbohaterach i zarazem moje pierwsze spotkanie z tym cyklem. Zaznaczę więc na początku, że spokojnie można czytać nie po kolei, bo ja sięgając po najnowszą odsłonę Dzikich kart nie czułam dezorientacji, czy jakiegoś braku znajomości poprzednich tomów. Nawet nie wiem, czy bohaterowie się w danych częściach powtarzają, czy raczej przenosimy się do innych światów, innych miast i innych postaci. Tak czy owak można czytać „Tasowanie w Dżokerowie” bez obaw i bez wiedzy z poprzednich książek cyklu.


To, co mi się podobało, to pomysł na fabułę, którego twórcą był, jak sądzę, George R.R. Martin. Stworzył on ciekawy, pełen pułapek i dziwolągów świat, a wizja Dżokerów i Asów wprost mnie zachwyciła. Mogło to być wyśmienite! Lecz nie było… myślę, że ten błyskotliwy pomysł zniszczyła banalność akcji, wylewająca się z każdej strony brutalność i seks… a raczej wypaczony seks. Czuć, że autorzy chcą szokować, ale nie wiem, czy w dzisiejszych czasach już czymś takim można kogoś zaszokować. Zdaje się, że w kwestii obrzydliwości powiedziano już wszystko, a jeśli ktoś nadal o tym mówi, to tylko powiela istniejące scenariusze.
Wyjątkowo podobała mi się także koncepcja skoczków, który w jednej chwili mogą zawładnąć ciałem obcej osoby. Takie pomysły są na wagę złota, zwłaszcza gdy akcja pędzi na łeb, na szyję i prześciga się w mordowaniu stworzonych bohaterów.
Przy czytaniu tej książki (i zapewne innych z tego cyklu) trzeba pamiętać, że jest to w gruncie rzeczy ogromna, wielka metafora współczesności. Odnajdziemy tu odniesienia do tego, co nas otacza, do polityki, religii, historii, sztuki. Niektóre z tych metafor przypadły mi do gustu, ale niestety z większością się zwyczajnie nie zgadzam. Tak, to bardzo mocno polityczna książka, opiniotwórcza, że się tak wyrażę. Czasem jest aż nazbyt dosłowna i przez to traci swój smak fantasy, a zyskuje smak gorzkiego moralizatorstwa.
Jestem pewna, że wielu się spodoba, więc nie mogę jej nie polecać. Polecam ją tym, którzy szukają w książce szalonej akcji, ostrego seksu, gwałtów co parę stron, koncepcji dziwnych i zmutowanych, superbohaterów niestandardowych, scen brutalnych, ciągłej walki i sporej dawki wulgaryzmów (ale i tak dość umiarkowanej). To współczesne (choć część tekstów napisano w latach 90 XXw.) fantasy, któremu daleko do klasyki, a już naprawdę daleko do takiego mistrza jak Tolkien. Mamy tu raczej do czynienia z prostymi odniesieniami, jawnymi i nie wymagającymi wielkiej wiedzy, raczej wiedzy telewizyjnej, newsowej, czysto informacyjnej.


Zwrócę również uwagę na sposób wydania, szatę graficzną, która naprawdę mi się podoba. Zerknęłam z ciekawości na okładki innych tomów i są świetne, więc jeśli ktoś zakocha się w tym cyklu i postanowi mieć cały w domu, to jego półka będzie się godnie prezentować. To eleganckie i przyciągające uwagę wydanie.
Z tego co wiem, planowany jest również serial na podstawie Dzikich kart, i to mnie bardzo interesuje. Z chęcią zobaczę, jak przełożą ten różnorodny świat na język telewizyjny. 

6/10

 bo pomysł jest bardzo dobry, elementy świata przedstawionego potrafią zaczarować i Tropicielka jest mega fajowa!!!


tom IX
cykl Dzikie karty
Wydawnictwo Zysk i S-ka


 π 



sobota, 8 lutego 2020

#recenzjePi "KOLEJNE UPIORNE OPOWIEŚCI PO ZMROKU historie, które mrożą krew w żyłach" Alvin Schwartz


To już moje trzecie spotkanie z UPIORNYMI OPOWIEŚCIAMI Alvina Schwartza i coraz to bardziej podobają mi się, zaczynam doceniać je ze względu nie tylko na szatę graficzną (DOSKONAŁE ilustracje Stephena Gammella, świetne wydanie), ale i na treść (O DZIWO!). Zaraz tłumaczę dlaczego.
Oczywiście język jest, jak w przypadku poprzednich tomów, prosty i raczej kiepski, literacko jest to słabe, ale tutaj nie chodzi o piękne słowo, lecz o legendy miejskie, czyli proste, krótkie, czasem bez sensu historyjki, które ludzie powtarzają sobie od pokoleń. I to się naprawdę świetnie udało autorowi i niewątpliwie wybrał sobie wyjątkowo utalentowanego ilustratora, który dorysował grozę realną, straszną, przeszywającą i wypełniającą treść, która czasem nie straszy wcale.  Czyli podsumujmy – marketingowo temat został ujęty wyśmienicie, nie ma co!


Nie jest to dzieło wielkie, ale ono do wielkiego dzieła też nie startuje, nie pragnie niczego udawać, jest takie, jakie być miało – ludzkie, zabawnie żenujące, ale nie pozbawione morału. Szczególnie jednak cenię UWAGI i ŹRÓDŁA, bo to z nich mogę dowiedzieć się więcej. Więcej o historii, o korzeniach danych opowieści, o tym gdzie się narodziły i jak doszły do naszych czasów, jak się zmieniały, rosły i ewoluowały. Rzecz jasna żałuję, że nie jest to lepiej napisane, że Alvin Schwartz nie pokusił się o bardziej plastyczny język, odchodząc od tego „podwórkowego”, nastoletniego stylu, lecz i to jestem w stanie zrozumieć.
Ogólnie polecam, mi się to podoba, uważam że spełnia swoją rolę i jest zwyczajnie dobre… no i jak to świetnie wygląda! Ładna kolekcja legend miejskich z (jak już pisałam) odlotowymi ilustracjami Stephena Gammella.


* Najbardziej przeraziła mnie ilustracja Dziewczynki-wilka. NIESAMOWITA! Okropnie straszna…
* Jeśli chodzi o treść, to wrażenie robi „Harold”, którego końcówka wstrząsa flakami, zaś „Przystanek autobusowy” był mi znany, a opowiadał mi tę historię dziadek (twierdząc oczywiście, że jest prawdziwa). 

6/10
dobra


LINK do tomu I UPIORNE OPOWIEŚCI PO ZMROKU : 
https://portretyswiata.blogspot.com/2019/08/recenzjepi-upiorne-opowiesci-po-zmroku.html
LINK do tomu II WIĘCEJ UPIORNYCH OPOWIEŚCI PO ZMROKU : 
https://portretyswiata.blogspot.com/2019/11/recenzjepi-wiecej-upiornych-opowiesci.html 


tom III
Wydawnictwo Zysk i S-ka



 π 



piątek, 7 lutego 2020

#recenzjePi "George i tajny klucz do wszechświata" Lucy i Stephen Hawking


To moje drugie spotkanie z Georgiem, a zaczęłam trochę nie po kolei, bo od drugiego tomu, a ten jest tomem pierwszym. Polecam raczej czytanie od jedynki, ale mimo mojego bałaganiarstwa nie straciłam radości z lektury i cieszę się, że wróciłam do początku kosmicznych przygód.
„George i tajny klucz do wszechświata”, to naprawdę bardzo dobra książka dla dzieci i nie tylko dla dzieci, bo i ja wiele się dowiedziałam. Oczywiście było to dla mnie powtórzenie, ale dzięki powtórzeniom człowiek zapamiętuje – więc i tak stawiam wieki plus.  


Stephen i Lucy Hawking wpadli na świetny pomysł, by bawiąc uczyć. Wymyślili historię chłopca, który na swojej drodze spotyka ciekawych sąsiadów i Kosmos – tajemniczy komputer, który może… prawie że wszystko. Czytelnicy wraz z bohaterami podróżują po naszym Układzie Słonecznym, oglądają z bliska planety i komety… a nawet czarna dziura nie ma przed nimi tajemnic.


Warto wspomnieć o przepięknym wydaniu, w którym znajdziecie wiele ilustracji autorstwa Garry’ego Parsons’a jak i fotografie mgławic, galaktyk, planet… do wyboru, do koloru. Jest to zatem idealny pomysł na prezent, szykowny, elegancki, uroczy i pouczający. Czego chcieć więcej? A no jest jedno małe „ale” – nie wiedziałam, że to Galileusz odkrył, iż to Ziemia krąży wokół Słońca, a nie odwrotnie. Z tego co pamiętam, „wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię” nasz Kopernik – oj nieładnie panie Hawking i pani Hawking, nieładnie! Jednak mimo tej „nieścisłości” i „przeoczenia” książkę faktycznie polecam.

link do TOMU II "George i poszukiwanie kosmicznego skarbu" : 
https://portretyswiata.blogspot.com/2019/11/recenzjepi-george-i-poszukiwanie.html



7/10 bardzo dobra


tom I
Wydawnictwo Zysk i S-ka


 π 



poniedziałek, 3 lutego 2020

#recenzjePi "Ktoś, kogo znamy" Shari Lapena


Przychodzę dzisiaj do was z thrillerem, a po ten gatunek ostatnio nie sięgam zbyt często, ale pomyślałam, że potrzeba mi jakiegoś „odmóżdżacza”. „Ktoś, kogo znamy” Shari Lapeny spełnił to zadanie i wciągnął mnie dość mocno. Jest to książka, którą możemy przeczytać w jeden, no dobra – dwa wieczory. To historia, jak to z tym gatunkiem bywa, której kręgosłupem staje się morderstwo i pytanie „Kto zabił?”


Shari Lapena pisze sprawnie, jej styl jest naprawdę dobry, przypomina trochę raport policyjny lub sądowy. Jest to pisanie suche, konkretne i pozbawione nadmiernych słownych ozdobników – a to tylko na plus.
Co do samej treści, no cóż, nie spodziewajmy się jakiegoś oryginalnego cacka, bo to w tym gatunku zdaje się nie jest już możliwe. Takie opowieści zazwyczaj opierają się na prostych schematach i w tym przypadku nie jest inaczej. Słowo klucz, to : ZDRADA, więc już nam to trochę mówi o fabule. Na początku ginie kobieta i nie jest to taka zwykła kobieta, tylko bardzo piękna kobieta, mężatka, sąsiadka…
Jeśli szukacie książki, która wciąga, odrywa od problemów, pochłania dość mocno i opowiada o hermetycznym, ciasnym i dusznym życiu w sąsiedztwie – cóż, to dobrze trafiliście, bo „Ktoś, kogo znamy” właśnie taki jest.


Shari Lapena wykonała dobrą robotę, napisała dobry thriller i czytelnik ma szansę się „dobrze” bawić. Oczywiście nie jest to nic odkrywczego, a końcówka wywołała we mnie mieszane uczucia, choć już sama, samiuteńka końcóweczka daje radę i intryguje… może będzie kontynuacja?


6/10 dobry thriller, można sięgnąć 


Wydawnictwo Zysk i S-ka


 π