Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 25 maja 2020

#recenzjePi "Marie Curie" Maria Isabel Sanchez Vegara, Frau Isa


Byłam bardzo ciekawa tej książki, ale miałam raczej duuuuuże obawy co do niej, ponieważ poznałam już dwie z tej serii i okazały się prawdziwą katastrofą. Tu doszedł fakt, że jest to opowieść o Polce, więc traktuję ją bardziej osobiście i mam też względem niej większe oczekiwania.
O dziwo, nie jest źle… ale nie jest też dobrze i wyjątkowo razi w oczy brak wspomnienia w głównej, ozdobionej ilustracjami historii o tym, że Maria pochodziła z Polski!!!! i że miała na nazwisko Skłodowska - co powinno znaleźć się również na okładce, ale autorka powiedzmy, że nadrabia to w notce biograficznej zwieńczonej fotografiami tej wybitnej kobiety.
Tutaj także ilustracje są ładne, bo przypomnę, że w Coco Chanel i Fidzie Kahlo były fatalne, jak z horroru. To właśnie one nadrabiają niedoskonałość tekstu, jego powierzchowność i banalność.
Myślę, że nie przesadzę i zdecydowanie nie zaniżę, gdy ocenię tę książeczkę na 6/10 tylko CZYTAJCIE DO KOŃCA, wraz z NOTKĄ BIOGRAFICZNĄ, bo bez tego dałabym 1/10, więc czujecie, jakie to ważne?

PS Jednak moja złość na tę książeczkę dla dzieci jest sporo, bo wiem, że przy każdej innej postaci autorka zaczyna od tego, skąd ktoś pochodził i gdzie się wychował. (!!!) No jest wkur*, a gdy jeszcze zdamy sobie sprawę z tego, że to seria, która wręcz skupia się na dzieciństwie i pokazuje, że to w dzieciństwie człowiek tworzy fundament swoich sukcesów to GRRRRRRRRRRrrrrrrrrrrrrrrrrrr!!!!!!!!!!!!!!!!!! Wielkie SORRRY ale Skłodowska nie miała w swej krwi ani kropli Francuski.  


seria Little People, BIG DREAMS
Wydawnictwo Lincoln Children's Books


 π 



sobota, 23 maja 2020

#recenzjePi "Frida Kahlo" Maria Isabel Sanchez Vegara, Gee Fan Eng


Po okropnej Coco Chanel z serii Little People BIG DREAMS autorstwa Mari Isabel Sanchez Vegara sięgnęłam po jej kolejną książeczkę - tym razem o Fridzie Kahlo, czyli kobiecie, którą podziwiam... i niestety, znów zawód. Może nieco mniejszy, ale wciąż kiepsko to wygląda. Choć ilustrował kto inny, to nadal te obrazki bardziej straszą, niż przyciągają. Sama treść, podobnie jak w poprzedniej pozycji, banalna a postać Fridy zamiast inspirować odpycha i stała się tutaj wręcz karykaturą malarki.
Jest lepiej... ale te dramatyczne stereotypy i powierzchowne mądrości wylewające się z każdej kartki odpychają.
PS Widzicie ten nos? Czy raczej jego brak??? ... Te ilustracje nie byłyby złe, ale w książce opowiadającej o fikcyjnych bohaterach. Frida istniała, była piękna i była człowiekiem a nie pacynką, czy matrioszką. 
PS2 Lubicie Fridę, czy wolicie poprzednią bohaterkę? Coco Chanel? 


5/10  


seria Little People, BIG DREAMS
Wydawnictwo Lincoln Children's Books


 π 




#recenzjePi "Coco Chanel" Maria Isabel Sanchez Vegara, Ana Albero


Cóż... nie mam ja dobrego zdania o tej książeczce "dla dzieci". Od pierwszej niemal strony pełna jest stereotypów i "złotych myśli", których ja nie kupuję. Na domiar złego ilustracje są naprawdę średnie, aby nie rzec: kiepskie – dobre dla horroru.
Tekstu tu zaś jak na lekarstwo, a ten, który nam zaserwowano jest tak powierzchowny i banalny, że jedyną wartość stanowi tutaj notka biograficzna - jak z Wikipedii - na końcu, ale skoro jest jak z Wikipedii, to chyba nie trzeba kupować tej książki, by ją przeczytać?
Świetny pomysł - wykonany źle, a na dodatek te "ideologiczne" wkładki... Serio?... Słabo.
PS Jedynie do nauki angielskiego, ale i to można sobie odpuścić. 

4/10

bo „może być” i zapewne trafi do odpowiedniego odbiorcy, nie sądzę jednak, że jest w stanie kogokolwiek zainspirować... no i te ilustracje - nawet to nie wyszło...


seria Little People, BIG DREAMS
Wydawnictwo Lincoln Children's Books


 π 



piątek, 22 maja 2020

#recenzjePi "Zmartwienie Róży" Tom Percival


Bardzo mądra książeczka, która może pomóc nie tylko dzieciom, ale i dorosłym, bo przecież każdy ma zmartwienia. Tom Percival wpadł na cudowny pomysł i zrealizował go naprawdę świetnie. Sądzę, że tę książeczkę powinno się polecać ludziom chorującym na depresję. Oczywiście ona nie rozwiąże naszych problemów i zmartwień, ale może być pierwszym, małym krokiem ku poprawie. Choć nie uważam, że każde zmartwienie po "obgadaniu" znika, lub chociażby zmniejsza się, sama idea i przedstawienie zmartwienia w tej książeczce pozwala wyobrazić sobie i jakoś oswoić noszony w sercu problem.
Jeśli chodzi o dzieci, to uważam, że historia Ruby (w Polsce Róży) może tylko zaowocować. Zachęcam, kupcie dzieciom tę książkę i ją z nimi czytajcie. Zarówno wam jak i maluszkom przyda się wiedza, że każdy ma zmartwienia i każdy musi sobie z nimi radzić.
Ach i ilustracje również bardzo mi się podobają! Proste, pełne uroku, takie, jakie powinny być ilustracje w książce dla dzieci. Ja czytałam tę historię w wersji oryginalnej (po angielsku), ale to bez znaczenia, ponieważ nie jest to rymowany tekst i chodzi tu o przesłanie.  


8/10 
porusza bardzo ważną kwestię


seria PICTUREBOOK
Wydawnictwo Zielona Sowa


 π 



czwartek, 21 maja 2020

#recenzjePi "Awake Beautiful Child" Amy Krouse Rosenthal


Ta książeczka zdecydowanie skierowana jest do najmłodszych dzieci. Mamy tutaj minimum tekstu i maksimum ilustracji. Właściwie tekstu to tu nie ma - raczej pojedyncze zwroty i słowa na zasadzie skojarzeń, które opisują w najprostszy sposób - dziecięcy dzień. Zaczynamy przygodę rano w łóżku i kończymy także w łóżku, nocą, kładąc się do snu i śniąc piękne sny.
Nie jestem zachwycona. Trudno mi ocenić treść, gdyż jest bardzo, jak już wspomniałam, skąpa. Autorka wymyśliła, że będzie tworzyć „zdania” złożone z trzech słów zaczynających się: pierwsze na A, drugie na B i trzecie na C – czyli ABC, co widzimy już po tytule i tak to wygląda w całej książce. Niby ciekawy zabieg, ale tak naprawdę czy aż tak potrzebny i do czego służy? Mogę się zgodzić, że do uczenia dzieci nowych słów i skojarzeń, ale to wszystko trochę takie naciągane... Ilustracje również mnie nie oczarowały. Nie lubię takiego suchego, chłodnego, architektonicznego rysunku, zwłaszcza w pozycjach skierowanych do dzieci. Miałam wrażenie, że postacie z książki są do bólu papierowe i wręcz odczłowieczone.
Sam pomysł jednak oceniam dobrze, był potencjał i pewnie najmniejsi czytelnicy będą zadowoleni, ale nie sądzę, by byli zachwyceni. To średniak, nie jest zły, ale dziełem sztuki, a już tym bardziej literatury nie zostanie.
Jeśli bym miała ją polecić, to rodzicom, którym nie chce się dzieciom czytać i którym wystarczą obrazki. Faktycznie, w takim przypadku dziecko może być zadowolone i rodzić również. To przyzwoita, obrazkowa historia do szybkiego czytania do poduszki. Mamy tu budzące się dziecko, ciekawe świata dziecko, dziecko łobuzujące i śpiące, oraz śniące.

5/10 może pomóc dziecku w uczeniu się angielskiego



Wydawnictwo McSweeney’s


 π 



niedziela, 17 maja 2020

#recenzjePi "ŚMIERĆ W LESIE DESZCZOWYM ostatnie spotkanie z językiem i kulturą" Don Kulick


Zaznaczę od tego, że ta książka mnie zaskoczyła, zupełnie się nie spodziewałam po niej tego, co ostatecznie otrzymałam – i bardzo dobrze! „Śmierć w lesie deszczowym. Ostatnie spotkanie z językiem i kulturą” nastawiło mnie na doznanie raczej naukowe, a otrzymałam znakomity reportaż, który z szacunkiem pochyla się nad ludźmi zapomnianymi przez świat.


Don Kulick jest antropologiem kultury, który potrafi pisać jak autor powieści przygodowych. Już we Wstępie rozłożył mnie na łopatki i wywołał wielki uśmiech na twarzy. Jestem zaskoczona (ponownie) jego pisarskim talentem, dzięki któremu opowiada o swoich doświadczeniach w wiosce Gapun w Papui-Nowej Gwinei tak, że czytelnik nie może się oderwać od lektury i pragnie więcej i dalej. Ów „pamiętnik” jest słodko-gorzki, posiada elementy groteski i powieści sensacyjnej ocierającej się niemal o thriller, bądź kryminał z elementami realizmu magicznego. W jednej chwili śmiejesz się do łez, by zaraz łapać się za głowę albo ze złości, albo ze zgrozy.


Jest to również (o czym nie mogę zapomnieć) opowieść sentymentalna, pełna osobistych wzruszeń autora, jego wzlotów i upadków. „Śmierć w lesie deszczowym” szokuje szczerością i prywatnością. Autor nie ucieka od ludzi, o których pisze, nie odgradza się od nich, żyje z nimi, poznaje ich i po części staje się nimi, a na pewno staje się częścią wspólnoty, którą tworzą (choć uważają go za zmarłego – a raczej zwłaszcza dlatego… chcecie więcej, to czytajcie). Oczywiście taka forma niesie pewne ryzyko, które niestety tu widać. Don Kulick, jak każdy człowiek, jest istotą, która wychowała się na jakichś prawdach, wierzy w pewne rzeczy, a w inne nie wierzy i tu sam na siebie zastawił pułapkę, w którą niestety wpadł. W pewnych kwestiach nie patrzy szeroko, ocenia coś, czego sam nie zna (wiara), patrzy tylko na interpretację nauki, nie zaś na samą naukę – a jak wiemy, interpretacje bywają mylne. Lecz zostawmy ten aspekt, bo i tak nie jest on jakiś przygniatająco ważny.


Co jeszcze? Jak was zachęcić do sięgnięcia? To może z grubiej rury – Don podarował nam przykłady poetyckich przekleństw, które są domeną UWAGA werble : kobiet! One to mają wyobraźnię, że szok. Trochę głupio to przytaczać, ale jest to tak barwne i finezyjne, że nie mogę się powstrzymać : „ jakeście się rodzili, to was musieli wyciągać z dupy tym babom, co to je kraby w łechtaczki szczypią” – musicie przyznać, że ot tak trudno coś takiego wymyślić… a to zaledwie jedno w wielu. Przekleństwa są ważnym elementem języka, wie to chyba każdy, więc powiedz mi jak klniesz, a powiem ci kim jesteś. Mieszkańcy tej wioski (zwłaszcza kobiety), to prawdziwe poetki przeklinania.
Sam Don Kulick także jest facetem z przysłowiowym „jajem” i potrafi rozśmieszyć do łez. Jego szczerość, o której już wspomniałam, z pewnością zjednuje mu ludzi. Z rozbrajającą otwartością pisze o swoich kulinarnych doświadczeniach : „Wziąłem to do ust z nadzieją, że woń gówna nie oznacza, iż gówniany będzie również smak. Myliłem się.” Uwielbiam go za to.


Teraz nadmienię nieco o tym thrillerze, sensacji i kryminale w jednym. Otóż nasz autor w wiosce otarł się o śmierć w iście hollywoodzkim stylu. Napadnięty, zrabowany, z bronią przy twarzy i tymczasowo ślepy (zabrano mu okulary), stał się świadkiem, a i powodem morderstwa. Zainteresowani? A to jeszcze nie koniec, bo i musiał uciekać helikopterem z Gapun. Akcja! Akcja! I jeszcze raz AKCJA – taka jest ta książka.
Jakoś się tak dziwnie stało, że na koniec pozostawiam to, co najważniejsze… to, co jest kręgosłupem tej książki – czyli język, który umarł: tayap. Mamy tu wzruszające pożegnanie tego, co stare, to takie ciche umieranie, nie na oczach świata, tylko GDZIEŚ w lesie deszczowym (choć Don się na to krzywi i twierdzi, że dżungla jest odpowiedniejszym słowem). Autor przedstawia nam konsekwencje różnych decyzji, to, co złożyło się na tę śmierć. Widzimy szeroki obraz, pełny opowieści, które odchodzą wraz ze słowami, pełnym kultury, wierzeń, pełnym ludzi, którzy odeszli tak jak odchodzi tayap – skromnie, po swojemu, w cieniu wielkich cywilizacji… ale to przestroga – i proroctwo, bo nieomylnie wszystkich nas to czeka i nieważne czy mamy iPhony, kino w D, samoloty i łodzie podwodne… każda cywilizacja upadnie - jesteśmy tylko chwilą, ulotną i kruchą materią.


Kończąc napiszę tak, nie każdy musi tę książkę przeczytać, ale każdy, kto to zrobi, czasu nie zmarnuje.


7/10 bardzo dobra robota, tytaniczna praca


seria Mundus
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego


 π