Łączna liczba wyświetleń

piątek, 23 października 2026

#recenzjePi "SEN O SZEPCZĄCYM LESIE" Dagmara Zielant-Woś

SEN O SZEPCZĄCYM LESIE skusił mnie tytułem, okładką i słowiańskimi marami, duchami, stworami. Lubię takie klimaty i liczyłam na coś dobrego. Jak wyszło? Pół na pół. Mam dużo pochwał, ale mam też sporo zastrzeżeń... Dagmara Zielant-Woś napisała historię, które potrafi wciągnąć, lecz mogło być z pewnymi literackimi zabiegami - lepiej. 

Zacznijmy od plusów, bo jest ich trochę. Pierwsze co mi się bardzo podoba, to lekkość opowieści. To nie jest książka, która zmusza do wysiłku - to książka, która ma dać przyjemność i rozrywkę. Warto to wiedzieć, by nie oczekiwać ambitnych, skomplikowanych treści, ponieważ takie oczekiwania mogą być w konsekwencji bardzo niesprawiedliwie w końcowej ocenie dzieła. 

Po drugie słowiański klimat. Pisarka zdecydowanie kocha to, o czym pisze. Właśnie tę miłość cenię sobie w tej pozycji najbardziej. Czuję zaangażowanie pisarki, jej oddanie tematowi i zanurzenie w bogactwie słowiańskiej mitologii. Postanowiła stworzyć bohaterów, którzy mają "normalne", życiowe problemy i wrzucić ich w magiczny świat. Uważam, że to dobra droga, dzięki której czytelnik ma szansę szybko utożsamić się z postaciami. 

Po trzecie LAS. Myślę, że LAS jest tu największym plusem, skrywa tajemnice i nie daje prostych odpowiedzi. Autorka także tchnie las w budynki, co jest oryginalne - leśna magia wkracza za progi i to jest chyba najmocniejszy element opowieści o Dragomirze...

I własnie. Sama Dragomira jest bohaterką sympatyczną, ale za dużo się dzieje i za szybko się dzieje. Dragomira na pierwszych stronach książki jest budowana jako osoba raczej mająca problem z podejmowaniem decyzji - i to jest wiarygodna wersja tej postaci. Szybko, zdecydowanie za szybko zaczyna decydować o swojej przyszłości - i to pod wpływem emocji, co raczej do niej nie pasuje. Albo inny powinien być początek, albo dłuższa droga do Orańców.  

Wydarzenia i to te magiczne, dzieją się ot tak. Są wyciągane jak królik z kapelusza i to niestety nieco psuje efekt i traci wiarygodność. Ta natychmiastowość i to przesycenie nadnaturalnymi wydarzeniami wytrąca czytelnika z imersji i cały świat staje się... papierowy. Piszę to jednak z perspektywy osoby, która w głowie ma klasyków fantasy i nie może z tej głowy ich wyrzucić, a to może być nieco niesprawiedliwie dla autorki SNU O SZEPCZĄCYM LESIE. 

Wiem, że SEN O SZEPCZĄCYM LESIE jest rozrywką, a nie literaturą klasyczną. To pozycja lekka i mająca dawać przyjemność - i te funkcje spełnia wzorowo. Ja po prostu szukam czegoś innego... słowiańskie akcenty, światy i stwory zawsze u mnie będą konkurować z WIEDŹMINEM, a to psuje odbiór odmiennej literatury, takiej jak ta. A my tu mamy słowiański romans połączony z obrzędowością, kultami i depczącą po piętach klątwą... przeszłością. 

To, co niestety mi także przeszkadzało, to imiona i dialogi. Ja rozumiem, że pisarka postawiła na imiona słowiańskie, starodawne, jak imię głównej bohaterki Dragomiry, ale bym się nie rozpędzała na aż taką skalę. Dragomira, jak ojciec Krzesimir, Radomir, Nawojka, Pankracy, Hiacynta, Lila, Mieszko, Konstancja, Bruno, Gerhard... ufff za dużo dziwnych, a przez to - ponownie - miejsce i przeszłość traci wiarygodność. Rozumiem zabieg, ale po prostu myślę, że jedno, dwa, trzy takie imiona by w zupełności wystarczyły - bo tak to mamy szereg postaci o wymyślnych imionach, ale poza imieniem nie ma większej głębi. Z dialogami niestety też jest mocno prosto - zbyt prosto i niestety każdy mówi tak samo, z tą samą "słodyczą". 

Jednak SEN O SZEPCZĄCYM LESIE, to książka miła. Przyjemnie się ją czyta, jest idealna na jesienne wieczory, do herbaty z cytryną i miodem, pod kocyk. To urocza opowieść, bogata w słowiańskie wierzenia - może trochę nawet zbyt nimi przesycona, ale MIŁA, PRZYTULNA, KOJĄCA. Zdecydowanie czytało mi się tę pozycję dobrze, tak niezobowiązująco - doskonała, jako "przerwa w codzienności", taka odskocznia. Myślę, że ma dużo z książek Katarzyny Bereniki Miszczuk (jak na złość, fanką nie jestem) i myślę, że SEN O SZEPCZĄCYM LESIE jest pod wieloma względami lepszy od pozycji, które wyszły spod pióra Miszczuk. Dlaczego? Bo nie ma w niej zadęcia, za to jest wyczuwalna pasja do pisania i miłość do opowieści. Dagmara Zielant-Woś z pewnością nas jeszcze zaskoczy, bo ma duży potencjał i świetne pomysły. Kibicuję i będę obserwować. 


był las, nie było nas - będzie las, nie będzie nas 

Wydawnictwo Zysk i S-ka 

egzemplarz recenzencki 

   π

czwartek, 22 października 2026

#recenzjePi "WROTA POPIOŁÓW ostatnie dni Katarów" Kamila Cudnik

"WROTA POPIOŁÓW ostatnie dni Katarów" Kamili Cudnik, to zdecydowanie porządna rzecz. Raz, że czyta się dobrze, dwa, że autorka zrobiła gigantyczną pracę przy zbieraniu informacji do swojej książki. Mamy tu solidny historyczne fundamenty, które przekuto na wciągającą fikcyjną treść.

Bohaterowie są napisani mądrze, ich charaktery są budowane konsekwentnie - tak, że nie tworzą tylko zbioru papierowych postaci, ale ma się wrażenie, że żyją, mówią sowim głosem i zawsze coś wnoszą do fabuły. To dopiero początek SAGI ZAPOMNIANYCH tom 1, a już czuję się mocno w temacie, w tym świecie. Koniec tej części zmusza do sięgnięcia po następną.


Może nie jest to tematyka, która jest mi jakoś specjalnie bliska. Ten okres w historii, te "kościelne" wydarzenia raczej staram się znać, ale omijać. Muszę jednak przyznać, że Kamila Cudnik konsekwentnie skłania czytelnika do pogłębienia tematów takich jak stosy, Katarowie, Templariusze i wiele, wiele więcej. Jest też sporo o roli kobiety w tamtych czasach, o tym, jak silna musiała być i jak mądra by przetrwać.


Pióro Kamili Cudnik jest solidne. Sprawnie konstruuje fabułę i bardzo dobrze pisze dialogi (co nie jest częste, zwłaszcza u polskich pisarzy - nie wiedzieć dlaczego). Silą rzeczy jej opowieść kojarzy mi się z opowieściami Elżbiety Cherezińskiej - są historyczne, z bardzo dobrym fundamentem budowanym na faktach, spektakularnością fabuły, intrygami, pokoleniowymi sporami... może nawet coś z Martina by się znalazło.


Książkę zdecydowanie mogę polecić fanom Elżbiety Cherezińskiej, miłośnikom powieści historycznej oraz wszystkim, którzy lubią zagłębić się w opowieści na dłużej, na całą sagę. Dobrze zbudowana fabuła, ciekawe wątki i dobre pióro - okładka również przyciąga.

gdy życie było pełne ognia
SAGA ZAPOMNIANYCH
tom 1
Wydawnictwo Zysk i S-ka
egzemplarz recenzencki

   π

środa, 21 października 2026

#recenzjePi "KOBIETA JAKO CZŁOWIEK u zarania dziejów' Ulli Lust

Mam w rękach komiks, powieść graficzną, pozycję popularnonaukową, nonfiction, album bogato ilustrowany - KOBIETA JAKO CZŁOWIEK u zarania dziejów Ulli Lust. Dzieło, któremu artystka / autorka musiała poświęcić ogrom pracy, włożyć w nie serce i wielki wysiłek - i się opłaciło, bo wyszło z tego twórczego szału coś niezwykłego, coś naprawdę wyjątkowego. Coś nie tylko dla kobiet.



Dostajemy tu holistyczną opowieść o życiu na ziemi, o ludziach i o zwierzętach, o tradycjach, wierzeniach, o zwyczajach, ale przede wszystkim mamy tu do czynienia z odczarowaniem przeszłości - z napisaniem jej nie tyle od nowa, ale z uwzględnieniem KOBIETY nie jako dodatku, a jako wiodącego, silnego spoiwa, dzięki któremu świat ludzi kręcił się szybciej i czuł mocniej...



Zachwyciło mnie bogactwo informacji, Ulli starannie, z wielkim oddaniem sprawie i nadzieją na zmianę myślenia o przeszłości - stworzyła dzieło, którego nie można pominąć. Może nie wszystko od razu mi się spodobało. Przyznaję, że na początku miałam parę wątpliwości i nawet trochę obawiałam się tej lektury, lecz wraz z poznawaniem kolejnych stron otwierałam oczy szerzej i szerzej. Jestem pełna uznania dla pracy Lust, dla jej zaangażowania i dla tego, że nie ma tu "po łebkach", że to nie kolejna "zaangażowana", ale płytka praca - KOBIETA JAKO CZŁOWIEK daje czytelnikowi konteksty historyczne, umocowanie w wiedzy naukowej, w biologii i zoologii. Z tego komiksu dowiemy się, jak wyglądał podział obowiązków u łowców - zbieraczy, ale i jak PUCHACZ i PUCHACZOWA mogą zmienić obraz kobiecości. Oczywiście to tylko delikatna, powierzchowna zachęta do tego, by tę powieść graficzną przeczytać. W środku bowiem jest - uwierzcie mi - ogrom wiedzy o sztuce, kulturze, przyrodzie, mamy ciekawą analizę seksualności a na krew menstruacyjną już nie spojrzycie tak samo.





Pięknie wydana pozycja, angażująca i drobiazgowo opracowana. Prezentuje najwyższy poziom zaangażowania twórcy, niebywałą skrupulatność i osobistą perspektywę. Zdecydowanie warto i cieszę się, że postanowiłam zapoznać się z tym dziełem. Źródło wiedzy i rzecz zmieniająca spojrzenie na wiele spraw. Dobre! Bardzo dobre! I rewelacyjnie narysowane!

kobietą być - znaczy świat nieść na plecach
KOBIETA JAKO CZŁOWIEK
tom 1
Wydawnictwo Kultura Gniewu
egzemplarz recenzencki

   π

wtorek, 20 października 2026

#recenzjePi "TRZEWIA NEAPOLU" Matilde Serao

TRZEWIA NEAPOLU Matilde Serao, to perła! Mamy do czynienia z serią artykułów, reportaży skupiających się na życiu w Neapolu w wieku XIX. Jest to obraz ponury, choć nie brak tu iskier siły biedoty... czyli iskier nadziei. Serao miała dar patrzenia, zauważania i logicznego łączenia faktów - jej wnioski wypływały bowiem zawsze z życia, nigdy z fantazji.


Książka jest podzielona na trzy części i każda z tych części skupia się na konkretnych okresie. Tematyka jest szeroka, choć skupia się na biedzie, to wchodzi w jedzenie, mieszkania, pracę, lichwę, religię a nawet hazard. Mamy tu obraz totalny, narysowany twardym stylem pisarki / dziennikarki. Jest dialog z władzą, jest prezentacja Neapolu...


Otrzymujemy także rewelacyjną PRZEDMOWĘ TŁUMACZKI Jadwigi Miszalskiej i gorąco zachęcam do jej przeczytania, bo to rzecz wartościowa i daje nam arcyciekawy obraz Matilde Serao - ja się w tej postaci zatopiłam bez reszty! Książkę czyta się szybko, bardzo dobrze a styl wciąga - co również jest wielką zasługą tłumaczenia.


Dla mnie to lektura idealna. Dlaczego? Po pierwsze, jest to przykład profesjonalnego, mądrego dziennikarstwo - prawdziwego dziennikarstwa, które ostatnimi czasy upadło na "ryj". Po drugie, to wiedza, to problemy, to czujność i nagość faktów wypowiedziana silnym, kobiecym głosem. Po trzecie, to kwestie XIX-wiecznego Neapolu? Czy aby na pewno czasy te minęły? Czy może jest to lustro dla współczesnych? Bo czy biedy nie ma? Czy sprawiedliwość króluje? Czy dostęp do opieki zdrowotnej wszyscy mają taki sam? Czy wypłaty są dla każdego godne? I czy mobbing.... ach tak, te wszystkie sprawy są obecne, są wśród nas i trawią uczciwość, naiwność i poczciwość... oraz zmuszają do rzeczy podłych - tylko, rzecz jasna, inną gębę mają.


Gorąco zachęcam do lektury. Świetna pozycja i od strony warsztatowej i merytorycznej. Nie jest to pozycja długa i zdecydowanie się nie dłuży. Jest podzielona - tematycznie - zgrabnie i płynie się przez ten Neapol... niczym przez bagno, co go elity stworzyły - wiecznie na "gorszych" srając.

Neapol - wszędzie i zawsze
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
egzemplarz recenzencki

   π

poniedziałek, 19 października 2026

#recenzjePi "CZAS CZARODZIEJÓW wielkie dziesięciolecie filozofii 1919-1929" Wolfram Eilenberger

CZAS CZARODZIEJÓW - WIELKIE DZIESIĘCIOLECIE FILOZOFII 1919 - 1929, to cztery życia, cztery biografie skupiające się głównie na latach 1919-1929, ale sięgające także w przód i w tył dla pełnego zrozumienia przedstawianych sylwetek filozofów. Wolfram Eilenberger połączył w jednej książce losy Waltera Benjamina, Martina Heideggera, Ludwiga Wittgensteina i Ernsta Cassirera. Splótł ich egzystencje - bo przecież one były splecione.... i scalił w jedną opowieść o czasie między wojnami, o rozwoju i upadku oraz o zbliżającej się katastrofie.


W tej książce czytelnik może nie tylko podglądnąć życia bohaterów, ale przede wszystkim zapoznać się z ich myślami, z ich spojrzeniem na ludzi, na społeczeństwa, na świat. Magia tych życiorysów polega na ich przekorności, na drogach usianych dziwnymi zwrotami akcji i na ich - oczywiście - nieprzeciętnych charakterach.


FILOZOFIA, umiłowanie mądrości - czy faktycznie chodzi o mądrość? Czy może każdy buduje sobie to, co szumnie nazwie prawdą? W CZASIE CZARODZIEJÓW dostajemy pytania i odpowiedzi... a, jak możemy przeczytać, tam gdzie jest pytanie, tam musi być odpowiedź. Trudno przejść obojętnie obok pokazanych dramatów, ale też trudno przejść obojętnie obok osobistych wyborów bohaterów. Jedno nieodłącznie łączy się z drugim - dramat z decyzją... a do tego jeszcze ten "dobry" naród.


W książce odnajdziemy także fotografie, które pozwolą nam wyobrazić sobie te czasy, zobaczyć tych ludzi i nadać im znaczenie. Po lekturze może tylko powtórzyć za Niemenem "Dziwny jest ten świat". Osobliwe losy i szalone czasy... tylko, że czasy chyba zawsze są szalone, a CZARODZIEJÓW brak.

gdzie ta magia - między wojną a wojną świata...
Wydawnictwo Zysk i S-ka
egzemplarz recenzencki

   π

czwartek, 15 października 2026

#recenzjePi "KLUB BLASZANEJ PUSZKI" Peter Warren (scenariusz), Francesco Mobili (rysunki), Chris Chuckry (kolory)

KLUB BLASZANEJ PUSZKI, czyli komiks z wielkim potencjałem, który trochę zaprzepaszczono. Mam tu dużo pochwał dla twórców, ale niestety mam też sporo "ale". Lecz po kolei...


Dostajemy wyglądający ciekawie świat superbohaterski - taki, jaki ja cenię, czyli normalny człowiek, normalni ludzie, ale życie zmusza ich do stania się wyjątkowymi. Jest to model BATMANA a że ja BATMANA bardzo lubię, to jest to model dla mnie najlepszy.


Komiks wygląda obłędnie! Rysunku Francesco Mobili robią piękną robotę - jest tu energia, jest akcja, ale są też emocje, uczucia, klimat miejsc i chemia między bohaterami - to wszystko zostało świetnie narysowane. Zostało też świetnie pokolorowane przez Chrisa Chuckry i Ci dwaj artyści spisali się na medal tworząc coś dla oka dobrego i oryginalnego.


Teraz czas przejść do tego, co nie wyszło i to nie wyszło od początku, bo już na początku stykamy się z szaleńczą powierzchownością w budowaniu postaci głównego bohatera. Określenie, że adoptujący, chrześcijańscy rodzice, to na bank fanatycy, którzy skrzywdzili już i tak skrzywdzone przez życie dziecko - obłęd. Nie zarysowano nam żadnej opowieści, nic się za tym nie kryje poza ogólnikiem, który jest tak nienaturalny i dziwny, że aż śmieszny. A to niestety dopiero początek.


W tym komiksie nie ma głębi, która prosi się o "bycie", bo sam pomysł był naprawdę niezwykle udany. KLUB BLASZANEJ PUSZKI posiada potencjalnie wachlarz osobowości i charakterów, lecz autor scenariusza Peter Warren poszedł na łatwiznę pisząc płaską akcję. Bardzo szkoda, ale nie skreślam, bo widzę, że to seria - liczę, naprawdę liczę na rozbudowę świata, na pogłębienie sylwetek członków KLUBU.


Na koniec wspomnę o miłych nawiązaniach. Mianowicie, to co wyszło, to wyszła kumpelstwo, koleżeństwo, przyjaźń - gorzej poszło w z miłością, ale to może autorzy też rozbudują i nadadzą tej relacji znamion żywotności. Moje skojarzenia z kingowskimi dzieciakami z horrorów, czy ze Stranger Things - miód na duszę. Wątek najważniejszy - czyli wątek niepełnosprawności, bardzo ważny, daje nadzieję na przyszłość i zdecydowanie zachęca mnie do sięgnięcia - pomimo średniego początku - po kolejne tomy,

zbudujmy sobie superbohatera
KLUB BLASZANEJ PUSZKI
tom 1
nonstopcomics
egzemplarz recenzencki

   π

środa, 14 października 2026

#recenzjePi "W PONIEDZIAŁEK NAS POKOCHAJĄ" Najat El Hachmi

W PONIEDZIAŁEK NAS POKOCHAJĄ, to pozycja z tych, które poruszają... zostają w głowie, smucą. Najat El Hachmi napisała przedziwny list, który onieśmiela swoją szczerością i bezkompromisowym charakterem. Styl jest świetny, dobitny, czuły i okrutny jednocześnie. Mamy tu opowieść, którą czyta się szybko, ale która potrafi stanąć ością w gardle.

W mojej ocenie jest to historia przyjaźni, która musiała się wydarzyć. Ta przyjaźń bohaterom była pisana, tak jak pisane im było piekło stworzone przez innych. Powolne wychodzenie z ról, ale meta dla każdej była inna. Bunt, który rodził się latami... lecz wraz z upragnioną wolnością nadszedł kolejny kat - własne słabości i niemoc, mur świata całego.


Anna Sawicka przełożyła z języka katalońskiego W PONIEDZIAŁEK NAS POKOCHAJĄ w sposób harmonijny, lekki i doskonale oddający złamane nadzieje. Momentami czyta się to wszystko dziwnie, nawet obrzydliwie i szuka się w tych decyzjach - sensu. I nie wydaje się, by ten sens był, aż wreszcie przychodzi refleksja... sens jest w samej decyzji, w samej możliwości pójścia w drugą stronę, choćby była to przepaść.


Książka nie od razu bije nas po twarzy. Hachmi powoli nas przyzwyczaja do bólu. Uderza raz po raz, aż czujemy, jako czytelnicy, okropność rzeczywistości bohaterek - bo tak nikt nie powinien żyć. Nie da się streścić tej pozycji - bo jest ona uczuciem, a nie wydarzeniem. Kobieca, pełna marzeń i lęków, rozchwiana i pogubiona.

gdzie te nasze piękne dni?
Seria z Żurawiem
bo.wiem
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
egzemplarz recenzencki

   π