Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 10 grudnia 2020

#recenzjePi "Zbrodnia wigilijna" Georgette Heyer


Wydawnictwo Zyski i S-ka nas w te Święta rozpieszcza - i jestem im wielce wdzięczna za to rozpieszczanie, bo to był paskudny rok. "Zbrodnia wigilijna" jest klasycznym kryminałem, w którym wszystko dzieje się w angielskiej (uwielbiam angielskie klimaty) posiadłości Lexham Manor. Cała akcja jest bardzo bożonarodzeniowa... jednak tym razem zamiast prezentów będzie morderstwo.



Georgette Heyer napisała tę książkę w świetnym stylu, dokładnie takim, jakiego oczekiwałam po klasycznej zagadce kryminalnej. Aż dziwię się, że wcześniej o niej nie słyszałam ("Zbrodnia wigilijna" po raz pierwszy ukazała się w roku 1941). To wypisz wymaluj atmosfera z powieści Agathy Christie, tak więc miłośnicy tej królowej kryminałów powinni czym prędzej zaopatrzyć się w egzemplarz "Zbrodni wigilijnej".
Muszę jednak zaznaczyć, że tutaj akcja jest powolna, ciągnie się, a nawet czasem powtarza (ktoś komuś opowiada o tym, co już wiemy). Choć pewne fragmenty nie były koniecznie, nie są też jakimś wielkim zarzutem. Ta historia bardziej niż kryminałem jest opowieścią o relacjach międzyludzkich. Do 100 strony nie mamy żadnego morderstwa, tylko poznajemy bohaterów, ich charaktery, zależności, rodzinne przepychanki, to kto kogo lubi i dlaczego nie... Zaś dopiero po 200 stronie pojawia się inspektor Hemingway ze Scotland Yardu, który w charakterystyczny, nieśpieszny sposób stara się odkryć tajemnicę morderstwa za zamkniętymi drzwiami. Mnie to wszystko bardzo się podobało i jeśli tak jak ja jesteście spragnieni historii toczącej się w angielskiej posiadłości, do której zjechała się cala rodzina z problemami - to się nie zawiedziecie.



Przyznaję, że od początku wiedziałam, kto zabił - to było raczej jasne, ale nie o to w tej książce chodzi. Tutaj istotniejszym pytaniem jest : JAK ZABIŁ?, oraz to, o czym już wspomniałam, czyli relacje między bohaterami tego dramatu. Co więcej, końcówka mnie zaskoczyła i to nie ze względu na same morderstwo, ale ze względu na ciepło, jakie bije z tych ostatnich stron. Niezwykłe - co?
Mam trzech ulubieńców. Po pierwsze przepadam za Maud, starszą już panią, żoną brata zamordowanego Nathaniela Harriarda, właściciela posiadłości, nadwornego złośnika i zrzędę. Po drugie - polubiła właśnie jego, ofiarę, bo jako jeden z nielicznych... jest szczery. Po trzecie Mathilda Clare, o której nie będę nic więcej pisać, poza tym, że jest spostrzegawcza... choć może jednak nie do końca - ale ma pamięć do szczegółów.



"Zbrodnia wigilijna", to idealna pozycja na grudzień. Dla mnie była czystym relaksem i wielką przyjemnością. W niczym nie przypomina współczesnych kryminałów - i za to ją jeszcze bardziej cenię. Nie jest pozbawiona wad, ale ma w sobie to COŚ, ten nastrój, który od pierwszej strony łapie za serce. Podobają mi się również błyskotliwe i naprawdę dowcipne dialogi i to, że każdy bohater ma inny charakter i każdemu możemy się przyjrzeć z bliska.

polecam fanom Christie i wszystkim, którzy lubią angielski, klasyczny kryminał
7/10
Wydawnictwo Zysk i S-ka
π



niedziela, 6 grudnia 2020

#recenzjePi "KONIEC WSZYSTKIEGO scenariusze kosmicznej apokalipsy" Katie Mack


Kto ma ochotę na KONIEC ŚWIATA? Właściwie to WSZECHŚWIATA? BUM! KRACH! TRACH! KONIEC! Uznałam, że nie będzie lepszego roku nad 2020, by zapoznać się ze scenariuszami kosmicznej apokalipsy. To było zaskakująco oczyszczające przeżycie, które zamiast wprowadzić mnie w bezgraniczny smutek i przerażenie - dało nadzieję. Dziwaczka ze mnie! Wiem! Lecz nie wyciągajcie pochopnych wniosków, najpierw sami przeczytajcie "KONIEC WSZYSTKIEGO" i sprawdzicie, czy i wy nie doznacie zdrowego katharsis.


Katie Mack napisała książkę o możliwych KOŃCACH WSZECHŚWIATA i zrobiła to w sposób jasny i przejrzysty. Obiecuję wam, że tutaj wszystko będzie zrozumiałe, a wujek google okaże się zbędny, bo autorka nie używa skomplikowanej terminologii, a jeśli coś się czasem pojawia, to zaraz nam to tłumaczy. Jestem zaskoczona jej talentem do przekazywania wiedzy "zwykłym śmiertelnikom". Ta książka jest jedną z najbardziej przejrzystych publikacji popularnonaukowych o kosmosie jaką czytałam.



Dzięki poczuciu humoru Katie Mack rozluźnia atmosferę i stosuje sprytne i mądre analogie do świata, który znamy, byśmy poznali świat, który mamy nad głową. Wielką sztuką jest napisanie książki o końcu w zabawny, niedołujący sposób. Bo nie ma czego się bać - koniec przyjdzie, ale jeszcze nie teraz - mamy sporo czasu, zdążymy umrzeć, zanim WSZECHŚWIAT pochłonie śmierć cieplna, wieki krach, rozpad próżni, czy wielkie rozdarcie... Zaintrygowani? No... hmm... z tym rozpadem próżni może być nieco bardziej zaskakująco, ale kto by tam się przejmował - i tak nic nie poczujemy.



Osobiście uwielbiam książki o tematyce "kosmicznej", więc to była dla mnie pozycja obowiązkowa. Nie zawiodłam się! Dostałam zrozumiały tekst, z inteligentnymi porównaniami i odniesieniami do literatury - jest w tym pisaniu Katie Mack pewien romantyzm, melancholia przyprawiona żartem, przymrożeniem oka.
Ponadto książka został pięknie wydana (choć okładka ma ten "pocący" się materiał - ale go lubię, bo jest taki aksamitny, a ślady można łatwo zetrzeć), zgodnie z innymi pozycjami w tym temacie od Wydawnictwa Zysk i S-ka. 



Bardzo polecam "KONIEC WSZYSTKIEGO scenariusze kosmicznej apokalipsy". Warto wiedzieć, co czeka nasz wielki DOM... choć nigdy nic nie wiadomo... to przecież tylko scenariusze.

Gotowi na APOKALIPSY?
8/10
Wydawnictwo Zysk i S-ka
π


czwartek, 3 grudnia 2020

#recenzjePi "SIĘGAJ JAK NAJDALEJ dlaczego ludzie o szerokich zainteresowaniach wygrywają w wyspecjalizowanym świecie" David Epstein


Jestem w szoku! Zupełnie nie spodziewałam się, że ta książka aż tak podbije moje serce. Świetna rzecz! Autor otwiera nam oczy i nie mami głupimi filozofiami, ale kładzie na stół konkret. Jestem pod wrażeniem i jeszcze zbieram szczenę z podłogi, bo niektóre opowieści mnie wyprowadziły z równowagi (w sensie pozytywnym).



David Epstein podarował nam.... hmmm... taki reportaż popularnonaukowy - tak bym to nazwała. Pamiętajcie TO NIE JEST PORADNIK - na szczęście! Dziennikarz prowadzi nas przez całą masę opowieści z życia wziętych, poznajemy wiele, wiele, wiele interesujących osób, których historie inspirują. I oczywiście zostało to napisanie świetnie, sprawnie, językiem reporterskim, ale nie pozbawionym walorów literackich. Znajdziecie tu liczne odniesienia do kultury, sztuki, sportu, medycyny - skarbnica niesamowitości, wór wiedzy i doświadczeń... choć z tym dobrodziejstwem "doświadczenia" należy uważać (przeczytacie, będziecie wiedzieć o co chodzi).



Ta pozycja posada same plusy. Po przeczytaniu stajemy się "lepiej poinformowani" i otwierają nam się - dotąd zamknięte - szuflady umysłu. Mało tego! Zaczynamy patrzeć na siebie, na swoje odbicie w lustrze łagodniej, z dobrocią, zrozumieniem i nadzieję, bo naprawdę NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO by odnieść sukces, by zacząć od nowa, by żyć.
Uważam, że tę książkę powinni przeczytać wszyscy nauczyciele i rodzice - SERIO. Zmiany w myśleniu u edukacji są KONIECZNE. Nie możemy pozwolić sobie na produkcję idiotów, myśląc przy tym, że produkujemy geniuszy. Jednak specjalizacja, nacisk na dziecko i wybranie za niego kariery jest ograbieniem go z wolności, a co ważniejsze - jest jego upośledzeniem. Nie dajmy młodym podpowiedzi, nie ułatwiajmy im życia - niech sami dojdą do prawdy, niech się pomęczą, bo zobaczycie - tylko wtedy będą świetni w tym, co robią. Wspierajmy, ale nie wskazujmy drogi - drogę każdy powinien wybrać sam.



Czytanie "SIĘGAJ JAK NAJDALEJ" było dla mnie wielką przygodą i dało mi moc argumentów i - moc wiary w siebie. David Epstein podniósł mnie na duchu i jestem mu wdzięczna. Cieszę się, że Wydawnictwo Zysk i S-ka postanowiło wprowadzić tę książkę na nasz polski rynek - ale uważam, że powinno jej być więcej w mediach, na portalach społecznościowych - po prostu powinno się o niej mówić, bo szkoda, by taka perełka przeszła niezauważona.

SIĘGNIJ śmiało po "SIĘGAJ JAK NAJDALEJ"
8/10
Wydawnictwo Zysk i S-ka
π


wtorek, 1 grudnia 2020

#recenzjePi "GWIAZDKOZAUR i Zimowa Czarownica" Tom Fletcher


GRUDZIEŃ!!! A jeśli GRUDZIEŃ, to ŚWIĘTA!!! Hurrrrra!!! Choć nie wiem jak ciężki byłby rok, jak okropny i przygnębiający, to Boże Narodzenie zawsze niesie NADZIEJĘ i tego się trzymajmy. Wydawnictwo Zysk i S-ka dobrze wie, jak ogrzać zmarznięte serduszka. Podarowało nam drugi tom przygód niesamowitego dinozaura GWIAZDKOZAURA i jego najlepszego przyjaciela Williama. To jak? Zaczynamy?


"GWIAZDKOZAUR i Zimowa Czarownica", to kontynuacja pełnej ciepła pierwszej części, którą czytałam... hmmm... w czerwcu tego roku. Tak! W czerwcu! A co?! Tak mi było źle, że musiałam zrobić sobie Święta w czerwcu. Tym bardziej ucieszyłam się z drugiego tomu. Tom Fletcher ponownie zabiera nas na Biegun Północny, do siedziby Świętego Mikołaja, ale tym razem dodaje bohaterów - tajemnicza Zimowa Czarownica wszystko zmrozi, nawet czas.



Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo była mi potrzebna ta książka. Jak ogromnie tęskniłam za ciepłym kocem, gorącą czekoladą i opowieścią... rodzinną, wzruszającą, dobrą, poczciwą opowieścią, która pozwala zapomnieć na chwilę o smutkach 2020 roku. Może nie jest to dzieło wybitne, a autor nie jest pisarzem wszechczasów, ale to nie musi takie być - to ma być kochane i jest kochane. GWIAZDKOZAUR jest kochany i proszę się ze mną nie kłócić! Jest i kropka!



Dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam - ogromny zastrzyk dobrej energii, miłości, ludzkiej dobroci i wiary, że jeszcze będzie dobrze, że jeszcze będziemy szczęśliwi. Lecz ten tom mnie też zaskoczył - ja naprawdę się przy nim wzruszyłam. Nie powiem, co mnie wzruszyło, ale daję słowo, że było warto. Chyba ta kontynuacja mi się bardziej podobała od jedynki, choć nie wiem... może tak mi się tylko wydaje, bo jedynkę czytałam w czerwcu, a jednak takie pozycje dobrze czytać w Święta, lub chociaż w okolicy Świąt, bądź ze śniegiem za oknem.



Tom Fletcher mnie oczarował pomysłem na Zimową Czarownicę i doceniam całą koncepcję, to w jaki sposób utkał fabułę. Wszytko pięknie mu się domyka i tworzy wspaniałą całość. To książka idealna pod choinkę, lub... na ŚWIĘTEGO MIKOŁAJ!!! Ludzie! To już 6 GRUDNIA za 5 DNI! Kochani, to wyśmienity pomysł na upominek, tylko proszę, zaopatrzcie się KONIECZNIE w oba tomy. Czytanie nie po kolei jest w tym przypadku głupotą.



Nie mogę nie wspomnieć o mięciutkich ilustracjach Shane'a Devries'a, który tak słodko odmalował nam GWIAZDKOZAURA. Ten bohater wyszedł mu idealnie - jest tak przytulaśny, milusiński, że człowiek ma ochotę go wycałować.



I oczywiście WYGLĄD. Te książka prezentują się doskonale. Są wydane z wielkim smakiem. Obwoluty kolorowe, barwne, a oprawa pod nimi... ELEGANCKA czerwień ze złotymi literami i sylwetką naszego GWIAZDUSIA. Więc jak? Zachęceni? Mam nadzieję, że wystarczająco, bo sprezentować dzieciom i sobie te śliczności. Najlepiej je czytać rodzinnie, na głos, całej gromadce, mama, tata, berbecie, dziadkowie - ta książka pomaga, ogrzewa, daje nadzieję i zwraca się wprost do czytelnika - z uśmiechem.

ciepła, kochana opowieść
8/10
tom II
Wydawnictwo Zysk i S-ka
π


niedziela, 29 listopada 2020

#recenzjePi "DROGA DO RZECZYWISTOŚCI wyczerpujący przewodnik po prawach rządzących Wszechświatem" Roger Penrose


To nie jest zwykła książka, to jest dzieło wybitne - wybitnego profesora sir Rogera Penrose'a, tegorocznego laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki (2020 r.). Gdy zobaczyłam, że Wydawnictwo Prószyński i S-ka wprowadzają tę pozycję na nasz polski rynek - oszalałam z radości (i nie ma w tym przesady). Właśnie za takie odważne nowości cenię wydawnictwa. Dlaczego "odważne"? Bo to nie jest lekka rzecz, to nie jest kryminał, który czyta się w jeden wieczór, to nie jest bezmyślna rozrywka - to jest potęga wiedzy, moc informacji i skarbnica wielkich umysłów. Każdy, kto interesuje się światem, każdy, kto lubi i ceni matematykę oraz fizykę - a także kosmologię i szeroko rozumiany WSZECHŚWIAT - będzie zachwycony.


Nie będę wam tu kłamać i chwalić się, że połknęłam tę ponad tysiąc stronicową perłę O NIE! Czytam ją już od jakiegoś czasu i jeszcze dłuuuuuuuuuuuuugo będę, bo wiedzcie, że tutaj potrzeba cierpliwości, wytężonej uwagi, zdolności skupienia się i chęci wyszukania np. w internecie pojęć, których do końca nie rozumiemy. Zapoznanie się nawet z jednym podrozdziałem zajęło mi moc czasu - ale to świetnie! Tego chciałam! Całkowitego skupienia się na nauce, na kwestiach, które w szkole traktowane są po macoszemu i przez co teraz zbieram żniwo niewiedzy i ignorancji. Na naukę jednak naprawdę nigdy nie jest za późno!



Sir Roger Penrose podarował światu kompendium wiedzy - ujmę to - ścisłej. Faktycznie jest to swoista biblia matematyków i fizyków. Jeśli macie w swej rodzinie takiego zapaleńca, to MUSICIE mu kupić tę książkę. Mnie się w głowie nie mieści, że mam na półce tak wartościowe dzieło! Ten grubasek jest jedną z najważniejszych książek w mojej biblioteczce i zdecydowanie najcenniejszą naukową pozycją jaką posiadam.
Ostrzegam uczciwe, że nie czyta się tego łatwo - oj nie, nie... "DROGA DO RZECZYWISTOŚCI" wymaga od nas wielkiego wysiłku, lecz tyle, line wysiłku jej ofiarujemy, tyle ona dobra nam odeśle (z nawiązką). Zdecydowanie będę wam jeszcze o tej książce pisać na blogu i trąbić gdzie się da, bo taką wiedzą należy się dzielić i nie można pominąć jej w morzu wydawniczych nowości.



Teraz trochę popaplam o tym, co znajdziecie w środku - bo to przecież najistotniejsza kwestia. Autor wprowadza nas spokojnie w świat liczb i teorii zaczynając od "Korzeni nauki". Kładzie nacisk na matematykę - bo liczby nie kłamią i wciąga w świat rzeczywisty, który choć codziennie obserwujemy - to go najczęściej ni w ząb nie rozumiemy. Książka została mistrzowsko przemyślana, a sir Roger sięga do samych początków, do starożytności, do rodzajów liczb (o rajcu! ale tu jest jazda - mówię wam). Oczywiście ja najchętniej przeskoczyłabym (i tak chciałam zrobić) to takich rozdziałów jak CZASOPRZESTRZEŃ; WIELKI WYBUCH I JEGO TERMODYNAMICZNE DZIEDZICTWO; SUPERSYMETRIA, WYMIARY DODATKOWE I STRUNY (o których już co nieco wiem) itp., itd. ale!!! Właśnie ALE to nie takie łatwe i nie takie HOP SIUP. Tę książkę TRZEBA, NALEŻY czytać po kolei, ona od nas tego wymaga, bo inaczej nic nie zrozumiemy i równie dobrze możemy położyć się na łące i patrzeć w chmury mając nadzieję, że z jakiejś zacznie padać złoty deszcz. Powtarzam, to POZYCJA NAUKOWA, WYMAGAJĄCA, ale WSPANIAŁA i WYBITNA - WARTA swojej ceny.



Ponad sam tekst, autor postarał się o ogrom ilustracji, wykresów, schematów tłumaczących nam np. zjawisko entropii, które to zawsze mnie fascynowało i które dotyczy również czarnych dziur! Wszystko jest jasne i zrozumiałe, ale nie oczywiste, dlatego takie wymagające. Jeśli mamy wielkie braki w podstawach, będzie nam trudno przebrnąć nawet przez stronę, lecz jeśli zadamy sobie ten trud, trud poszukiwania odpowiedzi - to GWARANTUJĘ wam, że będziecie zadowoleni i co ważniejsze z siebie DUMNI. Ja potrzebuję od czasu do czasu takiego zastrzyku skupienia i zrozumienia WSZECHŚWIATA - zaraz mi lżej na duszy, bo wiem więcej niż przeciętny "Kowalski" - nie ukrywajmy, każdy lubi wiedzieć więcej i poczuć się choć przez chwilę mądrzejszy.



Co do samego wydania - nie mam zastrzeżeń. Gruba oprawa, oczywiście książka ma swoją wagę (1111 stron to nie przelewki), ale tutaj to tylko zaleta. Nie zabierzecie jej na piknik, ale już do łóżka - czemu nie? Na jednym kolanku książka, na drugim laptop z wujkiem google i jesteśmy szczęśliwi i gotowi na wielką, kosmiczną przygodę.

WYBITNA wymagająca WYCZERPUJĄCA piękna
droga do zrozumienia
9/10
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
π



czwartek, 26 listopada 2020

#recenzjePi "Władca Much" William Golding


Do teraz nic nie wiedziałam o "Władcy Much" poza tytułem, bo on mi się oczywiście obił o uszy - i ogromnie się z tego cieszę, gdyż poznawałam tę książkę z "czystą głową". Wywarła na mnie wielkie wrażenie - wrażenie nie do zatarcia. Jest to książka wybitna, a literacki Nobel dla autora słuszny i wręcz konieczny. Ta opowieść wwierca się w umysł i nie odpuszcza, dociska czytelnika do podłogi, sprowadza do parteru, odziera z człowieczeństwa i nie jest ani trochę przesadzona - jest okrutnie prawdziwa.


William Golding podarował nam historię, której groza nie tkwi w zjawiskach nadprzyrodzonych, w nawiedzonych domach, w polujących nocą wampirach - to groza tkwiąca w człowieku i to człowiek jest tutaj bestią, oprawcą, kanalią. "Władca Much" jest horrorem utkanym z naszych największych lęków, to ciało z bijącym od nienawiści sercem - to maszyna pozbawiona litości, brutalny potwór czający się w naszych umysłach - to my, tylko że pełni złości, samotni, opuszczeni, zdolni do zbrodni, by tylko pokazać, kto tu rządzi.



Pisarz przedstawia nam chłopców, którzy z powodu katastrofy lotniczej muszą sami radzić sobie na wyspie, rajskiej wyspie, pełnej owoców i goniących w te i na zad świń. Da się na takiej wyspie dobrze żyć, to możliwe... da się przetrwać. Lecz ci chłopcy, to ludzie - a LUDZIE, cóż...
Ludzie tworzą prawa, dobre prawa, mądre prawa, lecz po ludziach, przychodzą inni ludzie, inne zdania, dzikie prawa. Nie zatrzymasz toczącej krew rewolucji - bunt, bunt, BUNT! WOJNA! WOJNA! WOJNA! Bo tylko ludzie z RAJU zrobią PIEKŁO.
Kłaniam się w pas Williamowi Goldingowi, bo napisał wielkie dzieło, tylko szkoda, że ta opowieść dzieje się, ona trwa, bez przerwy, w koło, do znudzenia, do szaleństwa obraca ludzkością, miażdży. Nie słucha mądrych, głos mądrych dusi. Nie zważa na dobrych, bo dobrych nazywa wariatami i ich niszczy. Wrażliwość jest zbędna, gdy w grę wchodzi władza, a władza jest przecież najważniejsza. Kto ma władzę, ma moc! Kto ma władzę, ma posłuch! Kto ma władzę, ma... ma kontrolę nad innymi. Trzeba tylko budzić lęk. LĘK jest kluczem! LĘK i KREW.



"Władca Much", to taka mroczniejsza i o wiele brutalniejsza wersja "Piotrusia Pana" (choć już sam "Piotruś Pan" jest dość mroczny i brutalny). Nigdylandia tutaj jest światem, areną, tym co nigdy nie powinno się zdarzyć, ale zdarza się ciągle. Ta książka przypomina mi także "Wyspę doktora Moreau", lecz jest lepsza, o wiele lepsza. Pozornie jest mniej obrzydliwa, ale tylko pozornie. Obrzydliwość "Władcy Much" jest większa, bo autor bawi się w zakładanie masek - on je zdejmuje. Maski grzecznych, brytyjskich chłopców opadają i odsłaniają twarze prawdziwych dzikich potworów. przestajemy się bawić, zaczynamy polować.



Na koniec wspomnę (jak to mam w zwyczaju) o wydaniu. Bardzo się cieszę, że sięgnęłam właśnie po to nowe, od Wydawnictwa Zysk i S-ka - z wielu powodów. Po pierwsze CZCIONKA duża, miła dla oka, niemęcząca, tak jak PAPIER, kremowy i przyjemny w czytaniu - to naprawdę wielka zaleta. Po drugie TWARDA OPRAWA, mimo której książka nie jest niewygodna, ani ciężka. Po trzecie WYGLĄD - jestem zachwycona obrazem Macieja Wolańskiego. Przy odpowiednim ustawieniu ŚWIŃSKI ŁEB zmienia się w MUCHĘ, a przy zbliżeniu wyłaniają rozmaite elementy: skaczący chłopcy, odwróceni do siebie tyłem "przywódcy", muszla (taka ważna, taka istotna!!!), palmy, kły... GENIALNA ILUSTRACJA do GENIALNEJ KSIĄŻKI.

koniecznie PRZECZYTAJCIE
9/10
Wydawnictwo Zysk i S-ka
π


wtorek, 24 listopada 2020

#recenzjePi "GOŁYMI RĘKAMI" Bart Moeyaert


Bart Moeyaert dał nam opowieść, która niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny. To nie jest długa książka - ma 100 stron - ale wręcz dyszy paniką głównego bohatera, chłopca o imieniu Ward, który jest naszym narratorem i to z jego perspektywy poznajemy akcję, cały przedstawiony świat.


Fakt, że pisarz zdecydował się powierzyć nas, czytelników, temu dziecku, było śmiałym pomysłem, który się opłacił. Dzięki takiemu zabiegowi czujemy strach chłopca, jego przejęte do bólu serce i tęsknotę za bezpieczeństwem, za domem, który sobie wymyślił, którego pragnie i którym nie ma zamiaru się z nikim dzielić. Razem z nim i jego przyjacielem Berniem, oraz psem Elmerem wyruszamy w dziwną podróż, która - na początku - nie wiemy, czemu ma służyć, ale wiemy, że jej efektem jest śmierć kaczki, której właścicielem jest tajemniczy i straszny mężczyzna Betjeman. Ten dziwny człowiek ma jeszcze jedną, upiorną cechę - sztuczną rękę, co w oczach dziecka znaczy tyle samo, co POTWÓR. Ward nie chciał śmierci kaczki, ale konsekwencji ich dziecinnego i pozbawionego wszelkiej logiki czynu już nie da się cofnąć, bo śmierci nie da się cofnąć.



"GOŁYMI RĘKAMI" przejmuje, wstrząsa czytelnikiem. Niby to książka dla dzieci 12+ i tak, dzieci w tym wieku mogą ją czytać, lecz lepiej ją zrozumie dorosły, bo nie jest to literatura łatwa, nie jest też przyjemna - ta historia wywołuje niepokój, czujemy się niekomfortowo i przy każdej stronie wypatrujemy tragedii. Napięcie towarzyszy każdej linijce, a nawet każdemu słowu, aż wreszcie nie wiemy komu ufać i czy możemy w ogóle ufać komukolwiek. Ward jest narratorem emocjonalnym, a osoby, które nam przestawia, siłą rzeczy są barwione jego umysłem. Ta książka przypominała mi od początku inną opowieść : "SZPADEL" Lize Spit - tyle, że "Szpadel" zdecydowanie nie jest dla dzieci, ale ma tą samą atmosferę, ciężką, jak kamień zawieszony u szyi.



Autor wprowadził nas w świat dziecka, które się boi i cały czas próbuje coś z tym strachem zrobić, udowodnić sobie, że wszystko będzie dobrze, że nic się nie stało, a w ramionach matki znów poczuje się bezpieczny. Ucieka, bez przerwy ucieka, choć nie wie, że to ucieczka, bo zawsze w końcu wpada na siebie i konsekwencje swoich czynów.



Akcja książki toczy się w ostatni dzień roku - Sylwester. To symboliczne, bo Nowy Rok popularnie uważa się za nowy początek, ale Ward boi się przyszłości, nie chce jej, rozpaczliwie pragnie pozostać tam, gdzie był, lecz widzi, że to nie zależy od niego, że matka, siostra, kolega... nawet pies go opuścili - Ward czuje się samotny, choć nikt go tak naprawdę nie porzuca, lecz nikt go też nie potrafi zrozumieć, a to czasem znaczy tyle samo.

tej historii szybko z głowy nie wyrzucicie
7/10
Wydawnictwo Dwie Siostry
π