Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

#recenzjePi "Siedmiopiętrowa góra" Thomas Merton


Każdy, kto choć raz spróbował zdobyć jakiś szczyt – i nie był to szczyt głupoty, ani schody w centrum handlowym – wie, że wymaga to determinacji, uporu, trudu i potu. Nogi bolą, płuca szaleją, serce wskakuje na wysokie obroty, głowa pęka od zmiany ciśnienia… a po wszystkim zostają zakwasy i jedyne pytanie, które się nasuwa, brzmi : „Po co?” lecz zadać je może tylko ten, który tej drogi nie przeszedł, który nawet nie próbował, który odpadł w przedbiegach i wybrał wygodny fotel, pilot od telewizora i piwko w garści. Góry uczą pokory, ale i dają nieopisaną radość, satysfakcje, o jakiej śni się nocami, a marzy się dniami… i taka właśnie jest ta „Siedmiopiętrowa góra”. Jest trudna, jest męcząca, jest momentami zupełnie abstrakcyjna, ale jeśli dacie jej szansę, to będziecie zadowoleni. Nie mówię, że jest to książka na każdą chwilę, to nie jest relaks i raczej polecam podczytywać ją sobie, a nie połykać w całości. Nie sądzę też, że jest to opowieść przeznaczona wyłącznie dla katolików – a raczej twierdzę, że niewierzący będą nią bardziej zaciekawieni ( i taki chyba też był cel Mertona).
Autor prezentuje nam swoje wspomnienia, pamiętnik z życia, które cóż… było burzliwe. Thomas Merton zaczynał jako ateista, szedł przez życie i ocierał się o różne sekty, o anglikanizm, protestantyzm, a nawet hinduizm. Był studentem Cambridge i te studia porzucił, pił, imprezował, balował. Prowadził życie włóczęgi, pisarza, dziennikarza, artysty. Szukał swego miejsca na ziemi, ale wszędzie odnajdywał pustkę, aż skończył jako trapista, w milczeniu, samotności, modlitwie – i tam pozostał do końca.



Wiem, że niektórzy się od tej książki odbili i ja to zupełnie rozumiem, bo również miałam z nią „pod górę”. Uważam, że należy ją czytać spokojnie, powoli i dobrze do niej sięgać wtedy, kiedy czuje się taką potrzebę, nie zmuszać się – bo wtedy cała treść może wydać się jedynie patetyczna i pouczająca – a to byłoby sporym spłyceniem. Podziwiam Mertona za ogromny szacunek do ludzi, muszę jednak przyznać, że moim ulubieńcem stał się jego brat John Poul. Wciąż, jak o nim myślę, oczy mi "łzawią". Choć nie był on częstym gościem na stornach „Siedmiopiętrowej góry”, był gościem znaczącym, pełnym niewinności i młodzieńczości… pełnym miłości. Zrozumie to każdy, kto dobrnie do końca książki, a moment, w którym klęczy w kościele, gdzieś w tylnej ławce – jest do kości przeszywający… i tak, to było piękne.
Polecam, lecz zaznaczam, że należy mieć przy czytaniu umysł otwarty. Nie oceniać, nie odrzucać dla samego odrzucenia – tylko chcieć poznać. Thomas Merton jest szczery, nazywa rzeczy po imieniu, opowiada o swoim błądzeniu i o tym, jak znalazł drogę, swoją drogę. Czyż nie robimy tego wszyscy? Czyż nie szukamy własnej drogi? Miło byłoby ją odnaleźć i być jej tak pewnym, jak pewny jest Merton swojej.



Na koniec wspomnę, że owszem, parę rzeczy mnie tam nawet drażniło, lecz myślę, że wynika to z mojej silnej relacji z historią Polski i Europy co dotyczy zapewne większości z nas. Trudno nam zrozumieć człowieka, który podczas II Wojny Światowej przebywa w Ameryce i opowiada o swoich rozterkach duchowych. Cóż, my widzimy wtedy szalejący nad Polską rosyjsko niemiecki ogień…

8/10

* Jeśli uważacie, że to książka nie dla was, to nic. Może kiedyś sobie o niej przypomnicie i wtedy właśnie będzie bardzo dla was. Nie zrażajcie się jej religijnością (cóż, pisał to trapista, więc nie mogło być inaczej). Lecz nie zmuszajcie się do niej!
* Uważam, że każdy, kto da szansę „Siedmiopiętrowej górze”, coś dla siebie z lektury wyciągnie (może coś zupełnie nieoczywistego). Co by tu nie pisać, jest to wartościowa pozycja.  
* Nie mogę nie wspomnieć o pięknym wydaniu. Zysk i S-ka postarało się!  


Wydawnictwo Zysk i S-ka


 π 



czwartek, 1 sierpnia 2019

#recenzjePi "Złoty żuk" Edgar Allan Poe

Dzisiaj będzie krótko i na temat. Wspomnienie pióra boskiego Edgara!


Poe... i skarby Kidda! WOW!!!
"Złoty żuk" mnie literacko ozłocił. 
Świetna historia o tym, co każdy chciałby w swym "zwykłym" życiu znaleźć… a wszystkiemu "winny" niepozorny złoty żuczek.
Zawsze lubiłam takie opowieści i ta naprawdę mi się spodobała. Jest tajemnica, dziwne wskazówki, dość niecodzienna mapa, szalone czynności wymagane przy tego rodzaju wyprawach...
I co mnie jeszcze zadziwiło?
To, że to Poe! Takiego nie znałam. Choć jest tu dreszczyk, to nie taki typowy, do którego przywykłam w prozie wybitnego Edgara. Bez grozy, ale z dużą dawką ciekawości. Bardzo na TAK.

PS FENOMENALNY szyfr!

7/10


Wydawnictwo Muza


 π 



poniedziałek, 29 lipca 2019

#recenzjePi "Gdzie jesteś, Bernadette?" Maria Semple


Czuję się, jakbym wróciła z długiej podróży i ta podróż była nie tylko wspaniałą przygodą, ale i pouczającą lekcją – jak to z nieoczekiwanymi i szalonymi podróżami bywa. A wszystkiemu winna jest Bernadette! Oczywiście mam na myśli „Gdzie jesteś, Bernadette?” pióra Mari Semple.
To niesamowite, jak bardzo mogłam utożsamić się z główną bohaterką, jak bardzo ją rozumiałam i jak bliska (koniec końców) mi się stała. Muszę przyznać, że trochę mnie to martwi, bo o czym może świadczyć? Wolę nawet nie myśleć J czyżbym była wariatką?
Mimo wszystko, jestem spokojna. Taką wariatką mogę być.
Książka ta jest dość dziwna i to zaczynając od konstrukcji (listy, notatki, e-maile), kończąc na fabule i bohaterach. Bardzo mi się ten cały chaos podobał, choć nie jest to dzieło wybitne. Nie nastawiajcie się na piękne zdania i okrągłe myśli. To jest rozrywka idealna na wakacje! I nawet nie wiedziałam, że była mi teraz tak potrzebna – tak – potrzebowałam Bernadette.
Musicie jednak o czymś wiedzieć – to nie jest lekka książka, traktująca o lekkich sprawach w lekki sposób. Owszem, czyta się książkę „lekko”, ale na tym lekkość by się kończyła. Autorka porusza wiele trudnych tematów, z którymi, tak sądzę, każdy się kiedyś zetknął lub styka się właśnie teraz i nie są one „lekkie”. Tytułowa Bernadette nie jest wariatką, jest tylko osobą, która pomimo swojej inteligencji poniosła w życiu sporo porażek – czyż nie jest to problem wielu z nas? Porażka?



Dzięki tej książce wyruszycie śladem kobiety, która postanowiła „wyjść z domu”. To historia odwagi, ale i  desperacji – istna mieszanka wybuchowa. Gdybym miała przyrównać „Gdzie jesteś, Bernadette?” do napoju, byłoby to połączenie czystej wódki (może nawet spirytusu) z lemoniadą i lodem… cokolwiek to znaczy i - czy w ogóle tak wypada…  
Niestety… jak to często bywa, zawiodłam się na męskim bohaterze, po kobietach się właściwie „tego” spodziewałam, a dziecko – cóż, dzieci są tym, co sprawia, że życie ma sens.

Polecam!
7/10

Ach! I nie spodziewajcie się słodkiej historii! (choć to chyba już wybił wam z głowy wspomniany wyżej spirytus) J


* Jedno, co zdecydowanie jest na "nie", to podobieństwo wypowiedzi wszystkich postaci - czy to Bernadette, jej mąż, córka Bee czy Audrey (diabeł/anioł) - oni wszyscy wypowiadają się w ten sam sposób... niestety.
* I jeszcze jeden mały, malutki minusik - dlaczego u licha w książkach "porażki" spotykają ludzi, którzy mają kasy jak lodu? I koniec końców są pełni "sukcesu"? 
* Ciekawi mnie też zbliżająca się wielkimi krokami premiera filmu... to może być świetne :)


seria: Gorzka Czekolada
Wydawnictwo W.A.B.


 π 



sobota, 27 lipca 2019

#recenzjePi "I sprawisz, że wrócę do prochu" Ambrose Parry



Edynburg 1847 roku był zaprawdę plugawym miastem i dziękuję Bogu, że nie miałam „przyjemności” w nim wówczas żyć – zwłaszcza, jako kobieta.
„I sprawisz, że wrócę do prochu” nie jest książką o wyłącznie ciekawym, wymykającym się standardom tytule, ale i o takiej samej treści – okładka również godna odnotowania. Dzięki tej historii poznajemy przeszłość miasta, które obecnie siebie nie przypomina (na szczęście). Możemy poszerzyć z n a c z n i e swoją wiedzę o panujących w tym minionym okresie zwyczajach, zarówno międzyludzkich jak i medycznych, z naciskiem na oba.
Nie jest to na pewno kryminał standardowy, bo dostajemy o wiele więcej niż opowieść o mordercy i jego zwyrodniałych zbrodniach. Idziemy przez miasto pełne niesprawiedliwości, braku szacunku dla kobiet, pogardy do nich i okrutnych założeń, które mężczyźni przyjęli za dobrą monetę, ponieważ to oni w tych założeniach byli zawsze p a n a m i. Mijamy apteki, które w niczym nie przypominają dzisiejszych, wchodzimy na salę pełną studentów przyglądających się operacjom prowadzonym „na żywca. Tak – to silna mieszanka i niektóre fragmenty radzę czytać przed obiadem.

Doktor Wstrząs?

Sam wątek kryminalny, jest raczej łatwy do wykrycia, a przynajmniej ja, odkąd pewna postać pojawiła się na kartach tej książki wiedziałam, że to TO, lecz nadal czerpałam ogromną satysfakcję z lektury, bo inne sprawy o wiele bardziej mnie pochłonęły – o wiele bardziej niż sam morderca.
Autorzy – Ambrose Parry to pseudonim, pod którym ukrywa się małżeństwo: Chris Brookmyre i Marisa Haetzman – niesamowicie skrupulatnie podeszli do tematu i chwała im za to! Czyta się to wspaniale, styl jest doprawdy znakomity i momentalnie przenosi czytelnika do śmierdzącego Edynburga.
Polecam tym, którzy w kryminale szukają czegoś więcej, tym którzy pragną się nie tylko zrelaksować, ale zrelaksować i czegoś w tym relaksie dowiedzieć. To bardzo „przyjemna” lektura, która oczarowała mnie swoim klimatem – choć jest to klimat ciężki i mocno trujący.

7/10 bardzo dobra historia (i to na faktach)
Polecam!


* Warto przeczytać chociażby po to, by dowiedzieć się co kobiety musiały znosić- a znosić musiały prawdziwy horror.    


Wydawnictwo Zysk i S-ka


 π 



wtorek, 23 lipca 2019

#recenzjePi "Mózg. Opowieść o nas" David Eagleman


Ile w człowieku człowieka i czy zastąpią nas roboty?

Czuję, że już nic nie czuję… a ta książka wytrąciła mnie z równowagi. Wszystko to, jest jedynie moim wewnętrznym przeżyciem, którym dyryguje MÓZG, ta „szara substancja”, poskręcane kabelki. Czytałam słowa Davida Eaglemana z rosnącym zainteresowaniem, ale i niepokojem. Koniec końców jestem rozdarta.
„MÓZG opowieść o nas”, to pozycja obowiązkowa dla fanów „ciała”, fizycznych możliwości i psychicznych ograniczeń. Wiele się dowiedziałam, choć wiele też już wiedziałam a niektóre ze stawianych tez mnie nawet drażniły. Mimo to doceniam pracę autora, jego ogromne zaangażowanie w to, co robi, jego pasję i jego… mózg. Pisze zrozumiale, bardzo przystępnie, więc każdy może po książkę sięgnąć bez najmniejszych obaw. Zachwyciłam się, że tak nieskromnie napiszę – swoją złożonością. Człowiek jest genialnym organizmem z cudownym urządzeniem pod czaszką… ale właśnie, czy naprawdę MÓZG to urządzenie, to zlepek substancji, komórek?
Ostrzegam, że w tej książce jesteśmy potraktowani nieco hmmm przedmiotowo. Odebrano nam wolną wolę, decydowanie o sobie, świadomość a nawet miłość. Nie znajdziecie tu pokrzepienia – ale znajdziecie tu naukę, więc śmiało mogę polecać, bo jest to bardzo dobra pozycja. Autor wiele mi wyjaśnił, choć na szczęście mam swój MÓZG i z niego korzystam. Trochę nie podoba mi się tłumaczenie najgorszych przestępstw nauką – bo w świetle tego, co tu przeczytałam, każdego mordercę można usprawiedliwić i jedyne, co „należy” zrobić, to go „leczyć”. Założenie ciekawe, acz prowadziłoby nas do absurdów i dalszych nieporozumień.


Lecz, co by tu nie pisać, „MÓZG opowieść o nas” jest fascynującą lekturą, która przyprawia o ból MÓZGU… ból głowy J Odbyłam niezwykłą podróż do wnętrza siebie, zachwyciłam się możliwościami, jakie nauka roztacza przed człowiekiem, zobaczyłam piękno umysłu i zagrożenia, jakie może nieść nawet małe odstępstwo od „normy”. Poznałam historię ludzi, którzy muszą zmagać się z chorobami wprost nie do pojęcia. Wszystko to sprawiło, że nabrałam jeszcze większego szacunku do cudu jakim jest CZŁOWIEK, bo tak – jesteśmy cudem i tego należy się trzymać. Myślę, że nie można wszystkiego tłumaczyć nauką, ale nauka jest kluczem do wielu drzwi, leczy choroby i daje nadzieję.
Polecam wszystkim, którzy chcą poznać siebie – lepiej… ale, ale pamiętajmy, że mamy MÓZG, więc z niego korzystajmy.

7/10 bardzo dobra książka    

* UWAGA : uczucie niepokoju gwarantowane!
* PAMIĘTAJMY: nauka jest piękna, ale piękniejszy jest człowiek, który naukę uprawia.   


Wydawnictwo Zysk i S-ka


 π 




niedziela, 21 lipca 2019

#recenzjePi "Dziewczyna z konbini" Sayaka Murata



Ostrzegam, to nie jest łatwa książka, przyjemna też nie jest i gwarantuję, że na zawsze, a przynajmniej na długo – pozostawi w was ślad. ”Dziewczyna z konbini” wstrząsnęła mną, a wstrząs ów jest dlatego tak wielki, bo dotyczy rzeczy oczywistych, rzekłabym – zwykłych.
Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Czego chcemy od życia i dlaczego chcemy tego, czego chcą wszyscy? I może najważniejsze z pytań: Dlaczego jesteśmy dla siebie tacy okrutni? Na te i inne pytania nie odpowiada ta książka, bo ta książka nie ma na te pytania odpowiadać, ma je stawiać... 
To krótka opowieść, cieniutka pozycja (140 stron) a zostawia w duszy czytelnika jaskrawą bliznę. Niestety jest to smutna opowieść, która nie daje wiele nadziei, która wgniata w fotel, męczy, torturuje i w końcu wypuszcza – ciebie takiego samego, ale innego. Trudno mi wyjaśnić fenomen tej historii, bo tak naprawdę ona pluje w twarz całemu społeczeństwu, czyli  nam, mnie i tobie. Zmusza do wysiłku, do myślenia, do refleksji. Głowna bohaterka, choć dysfunkcyjna, jest postacią, z którą możemy się utożsamiać od progu. Rozumiemy ją, nawet czasem podziwiamy jej spójność, prostotę i bezpośredniość… jednak po przewróceniu ostatniej kartki przychodzi zimna ocena własnej osoby – i nie jest to pokrzepiające. Bo czy rzeczywiście zaakceptowalibyśmy Keiko w swoim poukładanym świecie? Czy, gdyby przed nami stanęła, znaleźlibyśmy dla niej chwilę, nie ocenialibyśmy jej, nie wymagalibyśmy od niej, by była taka, jak my? Nie wiem…
Uważam, że dla tej książki każdy powinien znaleźć czas – zwłaszcza, że tego czasu nie trzeba wiele (jak już wspomniałam, to chudzinka). Zapytacie: dlaczego? Przeczytajcie, a sami zrozumiecie „dlaczego”.
8/10

* Widziałam, że wielu uważa główną bohaterkę za „psychopatkę”… może i jest w tym ziarnko prawdy, ale ona przecież nikomu nic złego nie zrobiła, prawda? Ona tylko była „Dziewczyną z konbini”.


seria z żurawiem
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego


 π 



piątek, 19 lipca 2019

#recenzjePi "J.R.R. Tolkien. Pisarz stulecia" Thomas Alan Shippey


Pisarz stulecia? Mój Pisarz życia!


Są takie książki, które otwierają oczy, są takie, do których będzie się wracać, są takie, o których się nigdy nie zapomni, a są też takie, które łączą to wszystko, tylko że tych jest naprawdę niewiele – większość z nich napisał Tolkien… jedną napisał Shippey i zwie się „J.R.R. Tolkien Pisarz stulecia”.
Wiedziałam, że ta książka ma ogromne szanse podbić moje serce, ale nie spodziewała się, że do tego stopnia. Nie jest to biografia, to raczej praca naukowa, wnikliwa analiza tekstów mistrza. Czytałam i ogarniał mnie coraz to większy i większy podziw dla Tolkiena, dla którego miałam już tego podziwu i tak rozległe oceany.
T.A. Shippey sprawił, że niezwłocznie muszę odświeżyć sobie „Władcę Pierścieni”, „Hobbita” i wszystko, co tylko jest możliwe do przeczytania, tego tytana słowa. Tym razem jednak czytać będę z tą właśnie książką u boku, która wesprze mnie w chwilach, w których zawiedzie mnie moja wiedza, będę więc czytać ze zrozumieniem, bo okazuje się, że widziałam tylko skorupę, a cały skarb, wnętrze pozostawało ukryte – Tolkien pewnie by napisał – „w cieniu”.
To pozycja obowiązkowa dla fanów mistrza, ale nikomu nie zaszkodzi jej przeczytanie, zwłaszcza tym nieprzekonanym do jego twórczości (o ile to w ogóle jest możliwe, choć Shippey niestety udowadnia, że to nie tylko możliwe, ale i bardzo realne – zawsze z „bzdurnych” powodów, uprzedzeń religijnych, zawiści, zazdrości – jednym słowem, a raczej dwoma, ze śmiesznej furii).
Jestem prawdziwie wzruszona tym, co przeczytałam. Nie jest to tekst prosty i nie czyta się tego łatwo i szybko. Wręcz przeciwnie, to wyjątkowo wymagająca lektura, przy której ważne jest skupienie i zastanowienie, lecz czy to ma być minus? Ależ oczywiście, że nie! To jest właśnie jej wartość.
T.A. Shippey z wielkim szacunkiem i pochyloną głową analizowała teksty tego, który wymyka się „zwykłym umysłom”. Wiedza Tolkiena, jego pasja i zaangażowanie we wszystko, co tworzył - żyje w tej książce. W odróżnieniu od tendencyjnego filmu - pseudo biografii, który ostatnio wszedł do kin, ta książka nie kłamie, nie tworzy „swojego Tolkiena” zgodnego z „poprawnością polityczną”, ona uczciwie oddaje mu należne uznanie i – odważę się to napisać – chwałę, na którą bez wątpienia zasłużył całym swoim życiem.
Tolkien był nie tylko Wielkim Pisarzem, „Pisarzem Stulecia” (choć ja sądzę, że wszechczasów”), ale był też, a może przede wszystkim Wielkim Człowiekiem… nieskromnie napiszę, że również moim autorytetem.

POLECAM każdemu!

9/10 bo 10/10 może mieć tylko Tolkien :)


Wydawnictwo Zysk i S-ka


 π