Mocne otwarcie - angażujący bohater. LISTONOSZ, to książka, która chyba zawsze będzie aktualna. Przypomina mi trochę DROGĘ Cormaca McCarthyego... ale tylko trochę. Wiadomo - świat po katastrofie, zrujnowany, dziki, niebezpieczny, beznadziei na światło...
Światło jednak pojawia się i jest nim gość, który nieomal zginął na pierwszych stronach historii. Facet ledwie idzie, ale idzie i coś znajduje. Powołanie? Misję? Przewrotne jest życie... gdy przypiera nas do ściany, dusi i nagle puszcza - z nowym zadaniem do wykonania.
David Brin odznacza się znakomitym piórem. Od pierwszych zdań byłam oczarowana. Ot taka pierwsza linijka pierwszego rozdziału: "Wśród pyłu i krwi - gdy nozdrza wypełnia ostra woń strachu - człowieka często nawiedzają dziwne skojarzenia." Cóż... jak dla mnie rewelacja! I taka jest cała opowieść. Nieco poetycka, metaforyczna i filozoficzna - ale to właśnie w niej jest najlepsze. To te rozmyślania, to szukanie sensu w rzeczywistość pozbawionej sensu - ma sens. Nagle, podczas lektury, zdajemy sobie sprawę z kruchości tego, co posiadamy. Więcej! Zdajemy sobie sprawę, że samo "posiadanie" jest iluzją, w której żyjemy tylko po to, by karmić duszę strzępami bezpieczeństwa.
Ten LISTONOSZ z przypadku, ten wędrowiec, on zmusza nas do komunikowania się, do - choć prowizorycznej, zlepionej z niedoskonałości - sieci współpracy. Jest to gorzka opowieść, ale w tej goryczy jest światło - o którym pisałam. Jest w tej beznadziei nadzieja... w człowieku.
idąc przez zgliszcza, patrz pod nogi
Wydawnictwo Zysk i S-ka
egzemplarz recenzencki
π




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz